-

18 marca 2016

Øyvind i stulejka //26

Następnego dnia wysłałem równo pięćset mejli. Wszedłem do jakiegoś biura turystycznego, znalazłem ciężki jak cholera katalog z ofertami hoteli z całej Norwegii, zawinąłem go, i w bibliotece w parę godzin spisałem absolutnie każdy adres e-mailowy jaki w nim znalazłem. Tuż przed wysłaniem swojego CV powstrzymałem się w ostatniej chwili i postanowiłem wymęczyć dodatkowo parę zdań o sobie. Sytuacja zaczynała być dramatyczna. Wypadało przestać już być nieciekawym z punktu widzenia pracodawcy skurwysynem i musiałem się jakoś sprzedać. Komedia mogła się przydać, zazwyczaj się przydaje, przydawała. Zaobserwowałem to już wcześniej. Ludzie wydają się lubić komedię. Nie ważne kim jesteś, ważne żebyś nie miał z tego powodu poczucia winy, ważne żebyś wskazał to dumnie palcem szczerząc się jak szaleniec- współczesność lubi bezwstydność i głuchą na wątpliwości komiczną refleksję. Próbowałem wymyślić jakiś żart, ale nic jednak nie przychodziło mi do głowy. Napisałem więc same bzurdy i zakończyłem je deklaracją, że jeśli później miałbym zobaczyć jakieś pieniądze, to tak naprawdę mogłem przez jakiś czas pracować w zamian za pokój, trzy ziemniaki i łyżkę masła dziennie. Nacisnąłem przycisk 'wyślij' i w tej samej chwili dostałem z sześćdziesiąt automatycznych wiadomości zwrotnych. Wyłączyłem komputer i poszedłem do Rogersa.

Wieczorem na balkonie usiadł po przeciwnej stronie stołu jakiś koleś w skórzanej kurtce, spojrzał na mnie, i przesunął do mnie swoje piwo. Jego twarz była cała w bruzdach, typowa twarz wieloletniego palacza, trochę twardziela filmowego. Miał pewnie nieco ponad trzydzieści lat. Trzymał peta między kciukiem, a palcem środkowym, głęboko się zaciągał, puszczał gęste chmury i spalenie całej faji zajmowało mu parę machów. Siedział posępnie, podparty łokciami na kolanach, sprawiając wrażenie jakby wszystko już widział, wszystko kiedyś słyszał. Domyślną ekspresją na jego twarzy wydawała się być mieszanka zmęczenia, z lekkim obrzydzeniem do ludzi.

Koleś miał na imię Øyvind. Był marynarzem, większość życia spędził na statkach rybackich, i parę dni wcześniej dowiedział się, że już nigdy nie będzie mógł pracować na morzu. Jego nadgarstek nie wytrzymał. Nie mógł wykonywać już żadnej pracy fizycznej. Państwo odprawiło go z porządną rentą i tak naprawdę nie musiał w ogóle pracować, jeśli nie chciał. Nie o to w tym wszystkim jednak chodziło. Norweg był jak żywcem wyjęty z “Moby'ego Dicka”- gloryfikował ocean i żył dla niego. Pierwszy raz wypłynął na morze ze swoimi dwoma, starszymi kuzynami, gdy miał dwanaście lat. Przez dwa tygodnie wpatrywał się tylko w pisemka pornograficzne i walczył ze swoją stuleją, ale morze i tak zdołało odcisnąć na nim taki wpływ, że nie było innego zajęcia w przyszłości, którego chciałby się podejmować, niż bycie rybakiem. 'Ja śnię o morzu, nawet teraz, gdy na nim nie jestem. Jak mam się czuć wiedząc, że nigdy na nie już nie wypłynę...?'- mówił. Spytałem się, czy nie ma jakiś lżejszy posad na statkach, coś jak kucharz, w których nie przemęczałby tak swojej ręki. 'Patrzeć na innych chłopaków jak zasuwają i nie zasuwać z nimi..? Nigdy.'

Pogadaliśmy chwilę, ale Øyvind nie czuł się komfortowo w Rogersie. Co jakiś czas się rozglądał i wychylał, jakby kogoś szukając. Okazało się, że tydzień wcześniej znalazł tam jakąś, jak to ujął, pijaną staruchę, którą zabrał do siebie, i wyruchał. Twierdził, że pierwszy raz w życiu musiał użyć lubrykantu, by wejść w kobietę. To był jego słabszy dzień, tłumaczył się. Wciąż czekał na wyniki badań swojego nadgarstka. Od kiedy je dostał, leciał na automacie, nie przestając pić i jarać. Miał w domu dobry hasz, więc poszliśmy do niego. Po drodze wyjaśnił mi, że to chata jego uzależnionego od heroiny kumpla, którego nie ma w mieście, i lepiej było bym dla swojego bezpieczeństwa niczego nie dotykał. W mieszkaniu walało się pełno jednorazowych, gumowych rękawiczek. Jeśli chciałem wyciągnąć sobie szklankę do herbaty, musiałem ubrać rękawiczki. 'Przezorności nigdy za wiele', powiedział Øyvind.

Norweg pokazał mi na telefonie parę filmików z pracy na statkach. Na jednym z nich widać było jak do otworów pod burtą wychodziła z wody seria grubych żyłek. Na metrze takiej żyłki było w równej odległości rozmieszczone od siebie pięć haczyków i praktycznie na każdym z nich była ryba. Przy otworach uwieszeni byli kolesie z długimi kijami z hakami i sprawnymi szarpnięciami strącali cokolwiek się złowiło. Żyłka robiła zakręt, na haczyki nabijano przynętę, i wracała do morza. Ryby trafiały do segregacji i to, co można było sprzedać, szło do natychmiastowej obróbki, było krojone i zamrażane. Na ekranie komórki widać było duże pomieszczenie z dwudziestoma ludźmi uwijającymi się w pocie czoła z nożami do filetowania. Z ogromnych głośników grało głośne techno. 'To by nie zwariować'- skomentował Norweg. Nikt nie miał przypisanego sobie jednego stanowiska. Pracuje się dwadzieścia godzin dziennie i przez dwa miesiące na morzu trudno by było wykonywać jedną czynność w kółko. Na innymi filmiku widać było spokojne morze, pływające wokół statku wieloryby, i Øyvinda, stojącego za starym drewnianym sterem, w wyświechtanym, grubym swetrze, zapatrzonego w milczeniu w pojawiający się na horyzoncie brzeg Grenlandii.

Nie jadłem wtedy mięsa już od lat, ale gdy Norweg przyniósł z kuchni kanapki z pastą z łososia, nie odmówiłem. Nie miałem z tym problemu. Mogłem tak naprawdę jeść raz w miesiącu jednego cukierka z galaretką z żelatyny, by tylko nie przyszedł mi do głowy pomysł nazwania się wegetarianinem, czy czymkolwiek podobnym. Jakichkolwiek powodów bym nie miał, by nie zabijać zwierząt, Norweg by się z nimi nie zgodził i prawdopodobnie zmienił by też swój stosunek do mnie. To, co ludzie nazywają wegetarianizmem, wciąż pozostaje elitarne. Øyvind nie widział nic złego w agresywnej eksploatacji zdominowanych przez nas gatunków, szukał przez chwilę we mnie tego typu moralności, ale nic mu nie dałem w odpowiedzi. Sprawiał wrażenie płochliwego i gdybym był człowiekiem mającym wystarczająco dużo cierpliwości do dyskusji i debat, pogrążyłby się prawdopodobnie w dystansie i poczuciu wyższości. Zabijanie ryb pozostawało jego pasją. Z obrzydzeniem mówił o aktywistach pojawiających się na Wyspach Owczych, by zakłócić coroczną masakrę wielorybów, podczas której wybrzeże archipelagu czerwienieje od krwi. Bronił też samych Farerczyków. Nazywał ich 'cyganami oceanów' i opowiadał historię o przesądnych kapitanach, którzy zawsze rekrutowali paru do załogi, bo miało to przynieść obietnicę obfitych połowów. Z uśmiechem na ustach mówił o Paul'u Watsonie, jednym z założycieli Green Peacu, który zaczął się interesować rzezią na Wyspach Owczych już w latach 80- tych. Czterech Farerczyków miało go wtedy podać do sądu w Stanach Zjednoczonych i pokazać kopię amatorskiego filmu dokumentującego, jak dużo wielorybów złowili na amerykańskich statkach. USA postanowiła ukręcić sprawie łeb i zostawić Wyspy Owcze w spokoju, a Paul Watson dostał sądowy zakaz zbliżania się do archipelagu.

Po filmach ze statków, Norweg otworzył laptopa i przystąpił do demonstracji zdjęć z wakacji. Okazało się, że tak jak większość samotnych, samczych wojowników klasy średniej w Norwegii, także Øyvind regularnie latał do Tajlandii na urlop, i także on miał tam dziewczynę. Nie było to też kwestią przypadku, że była to najseksowniejsza nastolatka we wsi. Można uznać to nawet za dosyć powszechny zbieg okoliczności. Norweska waluta miała takie silne przełożenie w tajlandzkich realiach, że w każdym pachnącym szmalem Norwegu na wakacjach w Tajlandii zakochanych jest minimum sześć mieszkanek pobliskich wiosek. Na zdjęciach Øyvind pozował w samych krótkich spodenkach, blady jak papier, z lekką nadwagą, a obok niego stali inni nieopaleni Norwedzy, w pstrokatych gacioszkach i okularach przeciwsłonecznych, otyli, ze zwisającymi cycami, trzymający kolorowe drinki z wetkniętą w limonkę małą flagą Norwegii. Na każdym z nich uwieszone z uśmiechem były lokalne seks boginie, przeżywające męki w obcasach na piasku, ubrane w bikini i chusty, przyozdobione masą biżuterii. Wszystkie marzeniami pewnie wybiegające do stolic europejskich, w których mogłyby zapomnieć o upokorzeniach dzieciństwa w biedzie, a norweski, obleśny kierowca ciężarówki z całym kontem oszczędności był tylko brakującym ogniwem. Norwedzy wiedzą, że te dziewczyny żenią się z nimi tylko dla wizy i nie przeszkadza im to. Dzięki temu przez trzy lata mogą zalewać co noc egzotyczną kobietą, u której w każdych innych okolicznościach nigdy nie mieliby szans. Może gdzieś po drodze przez te trzy lata niektórym zdarzy się, że zapomną o tym, ale niewielu z nich jest zaskoczonych, gdy ich żony wraz z uzyskaniem obywatelstwa, składają też papiery rozwodowe. Øyvind wydawał się wierzyć w miłość.

W pewnym momencie połączył się nawet ze swoją dziewczyną na Skypie. Tajlandka była od samego początku rozmowy poirytowana i niecierpliwie wypytywała się o to, kiedy będzie mogła go odwiedzić w Norwegii. W pewnym momencie sama zauważyła, że może posunąć się za daleko i z trudem wybrnęła, uspokajając ton swojego głosu by brzmiał, jakby się tylko przekomarzała z tęsknoty.

Po zakończeniu rozmowy Øyvind spojrzał na mnie i pierwszy raz dostrzegłem w jego oczach niepewność siebie. W kraju, w którym do 2010 legalne były stosunki seksualne ze zwierzętami rolnymi i statystyki mówiły nawet o dziesięciu tysiącach zoofilów, wszystkiemu winna była samotność, wszystko obracało się wokół niej, nawet te góry pieniędzy, a zwłaszcza zwabione nimi Tajlandki. Samotność przyciągała ubóstwo. Zawsze tak było.

Poszliśmy spać, Øyvind w sypialni, ja na kanapie w salonie. Tysiąc kilometrów na północ od Tromso, w Longyearbyen- najdalej wysuniętym na północ mieście na ziemi, liczącym dwa tysiące mieszkańców, urodzona w Chile młoda Marcela kończyła swoją wieczorną zmianę w recepcji małego hotelu i przeglądała jeszcze raz maile z całego dnia. W pokoju była także Mary-Ann, wychudzona z nerwów staruszka pochodząca z Kristiansand, właścicielka hotelu. Kończyła porządkować papiery w segregatorach po świeżo co zamkniętym sezonie letnim, w którym tysiące bogatych turystów odwiedza Svalbard w nadziei na zobaczenie jednego z trzech tysięcy żyjących na jego terytorium niedźwiedzi polarnych. Marcela znalazła wiadomość ode mnie, tą samą, którą tamtego dnia dostało 499 innych hoteli i kempingów w Norwegii. Po przeczytaniu paru zdań parsknęła rozśmieszona. Przywołała Mary- Ann i zaczęła czytać na głos. Najwyraźniej gdy doszła do fragmentu, w którym wspomniałem o trzech ziemniakach i łyżeczce masła dziennie, obie wybuchnęły śmiechem, Marcela dużo krótszym. Gdy Mary- Ann uspokoiła się, odwróciła się do Chilijki plecami i wyglądając przez okno spojrzała na pobliski lodowiec.

'Sprowadź go tu' – powiedziała.

19 komentarzy:

  1. Kiedy ciąg dalszy?

    OdpowiedzUsuń
  2. No właśnie, wszystko w porządku?

    OdpowiedzUsuń
  3. Kolega albo znalazł pracę i nie ma czasu , albo coś się stało :-(

    OdpowiedzUsuń
  4. No właśnie coś podejrzane, wcześniej pisał regularnie a tu 2 miesiące przerwy

    OdpowiedzUsuń
  5. dostał prace w tromso i pewnie nie chce sobie wiochy robić

    OdpowiedzUsuń
  6. Czym? Pisaniem wioche robić?

    OdpowiedzUsuń
  7. Dlaczego 2 miesiące przerwy? Jestem trochę zaniepokojona :P

    OdpowiedzUsuń
  8. Weź coś napisz.

    OdpowiedzUsuń
  9. Szkoda bloga , lubiłem go czytać :-)

    OdpowiedzUsuń
  10. to w końcu kto na kogo nasłał interpol?

    OdpowiedzUsuń
  11. Co tu sie odprawia, że od marca nic nie ma?

    OdpowiedzUsuń
  12. Czyli blog już całkiem umarł śmiercią naturalną? Szkoda... też lubiłem tu zaglądać.

    OdpowiedzUsuń
  13. To jeszcze nie koniec. Ja to wiem!

    OdpowiedzUsuń
  14. A czyli chociaż wiadomo, że żyjesz ;)

    OdpowiedzUsuń
  15. Pisz dalej, dobrze się to czyta. Dotarłem tutaj, a okazuje się, że już od dawna żadnego wpisu nie było

    OdpowiedzUsuń