-

27 lutego 2016

Trampoliny przed domami //22









Gdy wróciłem do Tromso był już późny wieczór. Wszystko na mnie czekało, tak jak je zostawiłem- mój rower stał przypięty przy bibliotece, norwescy zasiłkowcy w Rogersie śpiewali pijani na balkonie, aż żywica tytoniowa puszczała soki ze zmarszczek na ich twarzach, Radu chodził z bębenkiem w swojej nowej bluzie, zaczepiając nielicznych pijanych turystów na deptaku. Omijając cały ten taniec, kierowałem się na do parku, do czekającego na mnie namiotu. Przestałem go nawet składać. Uznawałem już wtedy Norwegię za obłąkany, ale stosunkowo bezpieczny kraj.

Jak zwykle zatrzymałem się przy małej pizzerii po drodze. Była właściwa godzina. Usiadłem na ławce, poczekałem, aż kelnerka wyszła, wyrzuciła śmieci, i zamknęła lokal. Na końcu ostatniej zmiany zawsze wyrzucano pizze, które ktoś zamówił przez telefon, ale których nigdy nie odebrał. Każdego dnia było parę takich przypadków. Stały tak na podgrzewanej wystawce i czekały, by na koniec dnia trafić w pudełkach do kosza. Wracając codziennie wieczorem do Prestvannet, zazwyczaj miałem ciekawy wybór ciepłych placków na kolację.

Dziewczyna, która tym razem wyrzuciła worki była bardzo ładna. Wyobrażałem sobie, że kelnerka pracująca w pizzerii musi po pracy pachnieć serem, tak jak śmierdzi się chemikaliami po całym dniu na zmywaku. Gdybym kiedyś umówił się z kelnerką z pizzerii, to powiedziałbym jej, że ładnie pachnie, domyślając się, że będzie to dla niej dużo znaczyć. Wiedziałem, że wzięłaby prysznic po pracy, bardziej niż zwykle szorując swoje ciało. Gdybyśmy się przywitali, poczułbym ser. Całując ją w policzek specjalnie zaciągnąłbym się, by to sprawdzić. Powiedziałbym jej, że ładnie pachnie, a ona podziękowałaby i spuściłaby nieśmiało wzrok.

Zaczęło nieźle padać. Musiałem się przegrupować, potrzebowałem jakiegoś dobrego pomysłu, który pozwoliłby mi wyprzedzić wszystkich, przechytrzyć, sprawić, by to moje CV było pierwszym w stosiku, na biurku recepcji jakiegoś gównianego hotelu. Była jesień na kole podbiegunowym. Studenci wrócili do miasta, przebierali się i organizowali integracyjne zabawy na ulicach. Skończył się okres reprodukcyjny ptaków, Norwedzy pochowali trampoliny sprzed swoich domów. Nikt nie przyjeżdżał już na malowanie płotów, nikt oprócz mnie nie spał w namiocie.

Gdzieś tam w dżungli pewnie był jakiś chłopaczek z grzywką i kijkami do puszczania baniek, który objechał świat na stopa, teraz postanowił osiąść z jakimiś dzikusami na jakiś czas, wbił sobie w wargę duży kołek, założył na szyję jakieś paciorki, a w uszach miał kły słonia. Siedział teraz pod jakimś drzewem i był uosobieniem spokoju i mądrości. Nie narzucał się nikomu, uśmiechał się i po prostu sprawiał wrażenie jakby wiedział coś, czego nie wiedzą ludzie w miastach. Gdzieś tam w mieście był biznesmen, oceniający ludzi po marce noszonego garnituru, pewny siebie, inteligentny jak cholera, spędzający życie w ładnych lakierkach, na ładnych wykładzinach, dla większości spotykanych ludzi mający tylko pobłażliwość i obrzydzenie. Gdzieś tam na innej wykładzinie był polityk, na którego nikt nie oddał ani jednego głosu, a który właśnie obejmował bardzo ważną funkcję w państwie i nie mógł przestać się szczerzyć z zadowolenia, siedząc sam w swoim nowym biurze. Gdzieś tam była jakaś zakonnica, z czystą, białą, niewykrzywioną nigdy przez orgazm twarzą, porośniętą tylko gdzieniegdzie pojedynczymi, długimi, siwymi włoskami. To ona, nawet bardziej niż inni, wierzyła, że była pierwsza w kolejce, a być może nawet wierzyła w miejsce poza nią. W namiocie, w deszczu, w parku Prestvannet byłem ja, marzący o jednoczęściowym, niebieskim uniformie i posadzie kolesia uwieszonego z tyłu śmieciarki, zbierającego kubły z ulicy. Świat był idealny w swoim zróżnicowaniu, wszystko grało jak w zegarku, wszystko było na swoim miejscu. Nikt z nas nie miał żyć wiecznie i nie można było prosić o większą sprawiedliwość. Pozostawało nam kontynuować, sprawdzając tylko od czasu do czasu w wiadomościach, czy nasza planeta gdzieś, w którymś miejscu się nie pali.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz