-

26 lutego 2016

Piękno drogi //21


Lyngseidet okazało się być malutkim gówienkiem, schowanym za siedmioma górami i fiordami. Nie łatwo było tam dojechać stopem. Biuro firmy znajdowało się praktycznie na odludziu. Chciałem zrobić dobre wrażenie na Janie Tore, ale gdy stanąłem w drzwiach jego przybytku, wciąż chyba mógł zauważyć w moich oczach rys wkurwienia. 'Chodzi o niższe podatki' - wyjaśnił już w progu i polecił mi się chwilę ogrzać przy kaloryferze.

Jan Tore był skromnym milionerem. Zadumanym, refleksyjnym i zamkniętym w sobie. Chciał mnie oprowadzić po budynku, ale nie było tam wiele do pochwalenia się. Firma miała swoją dużą siedzibę w Oslo, i w Lyngseidet była tylko zarejestrowana. W biurze dla niepozoru stał komputer i parę segregatorów. W korytarzu wisiały zdjęcia zrealizowanych inwestycji, ukończonych budynków. Jan Tore poopowiadał chwilę o nich, powspominał trudne początki i rozłożył ręce, jakby nie mając już nic więcej do pokazania, po czym przypomniał sobie o stojącej w garażu kolekcjonerskiej furze wartej 50 tysięcy euro. Zaprowadził mnie do pomieszczenia obok i faktycznie, stała tam, krwista i lśniąca jak cholera. Jan Tore przedstawił mi ją jako swoją największą pasję. Odchował już dzieci, żona była wiecznie w rozjazdach biznesowych, pies rodzinny nie żył. Wolne chwile spędzał przy tym samochodzie, restaurując każdą jego najmniejszą część. Poklepał go parę razy delikatnie po masce, po czym sam chyba spłoszył się swoim ekscentryzmem, i zaprosił mnie do biura.

W biurze od razu wyszło, że jestem ściemniaczem bez meldunku i stałego miejsca zamieszkania. Nietrudno też się było domyślić, że prawdopodobnie jem po śmietnikach. Odniosłem jednak wrażenie, że dopóki nie ściągę swetra i nie pokaże Janowi swoich wychudzonych rąk, posada pomocnika nie była dla mnie nieosiągalna. Jeśli nie mając żadnego fachu w ręku chciałem pracować na budowie, jedno było pewne- musiałbym na niej nosić ciężkie jak diabli rzeczy.

Jan Tore nie za dobrze przyjął do wiadomości to, że nic nie umiałem i byłem w gruncie rzeczy bezużyteczny dla społeczeństwa. Marszczył czoło, tarł oczy, drapał się po głowie, i chyba jedynym, co powstrzymywało go przed wykopaniem mojego dupska na deszcz było to, że mówiłem po angielsku lepiej niż on. Norweg rozmawiał całkiem dobrze w tym języku, więc zobaczył we mnie potencjał, zwłaszcza jeśli dzięki temu mogłem ułatwić komunikację między członkami zespołu w Tromso. Nie mogłem mu się dziwić. Dominującym językiem na placu budowy był język kaszubski.

Wziął ode mnie zdjęcia do identyfikatora zaznaczając, że nic nie może jeszcze obiecać i pozwolił przespać się u siebie. Jan Tore mieszkał w normalnym, drewnianym domku na obrzeżach miasteczka i jak twierdził, nigdy nie marzył o willi, ani jachcie. Salon był pełen regałów, zawalonych książkami historycznymi. Norweg zrobił kanapki, zaprosił mnie przed telewizor i włączył program historyczny o drugiej wojnie światowej. Na uchu miał założony bezprzewodowy zestaw słuchawkowy, co jakiś czas odbierał telefony i dawał komuś jakieś instrukcje. Później przy winie pokazał mi album rodzinny. Każdą z fotografii w paru zdaniach ciekawie omawiał. Na jednym ze zdjęć była jego córka w sukni ślubnej, obok swojej partnerki, też w sukni ślubnej. Zadumał się chwilę, pokiwał głową, i milcząc przewrócił stronę.

Opowiedział o swoim psie, największym przyjacielu rodziny. Przeżył dwanaście lat. Pod koniec życia nie mógł tak naprawdę już chodzić i pewnego dnia dostał silnego ataku drgawek. Gdy atak ustał, miał w oczach już tylko cierpienie. Jan Tore powiedział żonie, by zabrała dzieci do samochodu i wyjechała na chwilę do miasta. Przed tym, pozwolił im się z psem pożegnać. Odczekawszy, aż samochód odjechał wystarczająco daleko, wziął z lodówki parę plasterków szynki, pogłaskał, poklepał i uściskał poczciwe psisko przez chwilę, poszedł z nim do stodoły, rzucił wędlinę na ziemie i odstrzelił mu łeb.

W salonie było strasznie ciepło, ogrzewanie hulało, a ja siedziałem w swetrze, bo nie chciałem, by Jan Tore zauważył, że puszka mielonki ma bardziej rozwiniętą tkankę mięśniową niż ja. Chociaż też wypiliśmy sporo czerwonego, starałem się jak najmniej mówić o sobie. Dużo było do stracenia, a ja nie chciałem zbyt bardzo odstawać od obrazu sumiennego, prostego pracownika fizycznego. Pierdolenie o Heideggerze mogło w tych okolicznościach nie zostać dobrze zrozumiane.

Jan Tore zaczął opowiadać o swoich pracownikach, o Litwinach pracujących u niego przez pół roku, jadących na urlop do rodzin i wracających nowymi samochodami. Mówił o przeciętnych wypłatach trzech tysięcy euro miesięcznie dla pomocników. Opisywał wyrzeczenia, sposoby w jakie trzeba się poświęcić, żyć w urządzonych dla pracowników na placu budowy kontenerach, przyczepach. Pytał się, czy na pewno jestem na to wszystko gotowy. Pokiwałem głową, on też pokiwał, i kiwaliśmy tak chwilę razem.

Potem wszystko trafił szlag. Za dużo wypiłem i najpierw wygadałem się co do swojego wyższego wykształcenia, a potem powiedziałem parę zdań, po których można było podejrzewać, że uważałem malarstwo abstrakcyjne za potrzebne i ważne. Jan Tore ciągnął mnie też za język w temacie podróży, był zafascynowany, obruszył się nawet i nie mógł zrozumieć, dlaczego nie chcę kontynuować jeżdżenia po świecie i mam zamiar zamienić piękno drogi na parę miesięcy w kontenerze mieszkalnym w Tromso. Użył tego zwrotu, 'piękno drogi'. Wiedziałem, że było źle. Jakkolwiek tłumaczyłem się, nic go nie przekonywało. Na koniec nie wytrzymałem i zdjąłem sweter. Norweg zawiesił chwilę wzrok na moich chudych łapkach i kiwnął głową.

Niedługo po tym poszedłem spać do starego pokoju jego córki. Jan Tore obudził mnie rano, przykucnął przy łóżku, przeprosił, i powiedział, że nic z tego nie będzie. Podwiózł mnie na prom i dał paczkę tytoniu. W samochodzie nie starał się argumentować swojej decyzji, ale odniosłem wrażenie, że Jan Tore poczuł ważną misję uchronienia mnie przede mną samym. Być może wiedział, że potrzebowałem już czegoś innego, ale nie chciał chyba mieć z ułatwieniem mi zdobycia tego nic wspólnego.

  'Pamiętaj przyjacielu, nic nie jest niemożliwe!'- powiedział jak się żegnaliśmy.

Jan Tore nigdy najwyraźniej nie próbował złożyć kartki papieru w połowie dziewięć razy.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz