-

29 lutego 2016

Strach i transformersi //23

                                                                        fot. Paulina



Starając się zasnąć próbowałem odgadnąć, co pomyśleliby moi rodzice, gdyby zobaczyli mnie stojącego na małym podeście z tyłu takiej śmieciarki. To dzięki nim przecież zacząłem podróżować, zainspirowany tym, jak cholernie się wszystkiego bali. Trudno ich winić, w pewnym sensie. Oni też dorastali w blokach, żywych wspomnieniami o wojnie, i w nich też zakorzeniono strach przed tym, co pomyślą sąsiedzi, co się dzieje na ulicy po zmroku, jak strasznie niefajnie byłoby spędzić wieczność smażąc się w piekle. Przejęli to, zaadaptowali na spokojnych przedmieściach w domkach jednorodzinnych,  i rozwinęli o nowe pomysły.

Byłem szczuty wszystkim- tym by nie połknąć pestki od jabłka bo zachoruję, by nie robić zeza bo zostanie, że wydłubię sobie oko łyżeczką pijąc herbatę, miałem uważać na sekciarzy pod szkołą, listonosza, cyganów, na wszystkich. Zła ocena w szkole była popłochem, by nadgonić tych z przodu, bo rowy same miały się nie kopać, a śmieciarka sama miała się nie napełnić. Seria złych ocen była machnięciem ręki, przegranym życiem. Telewizja i radio też nas straszyły, jednocześnie reklamując produkty, które miały nas chronić i ocalić, a bez których skazani byliśmy na pryszcze, pośmielisko, obrzydzone spojrzenia dziewczyn, później miał nam nie stawać, i mieliśmy całe dnie spędzać wstrzymując pierdy w skrępowaniu. Erekton fast. 'Pokaż jej, że wciąż jesteś wielki'.

Rodzice pochłonięci możliwościami kapitalizmu po pracy nie zajmowali się dziećmi, nie rozmawiali z nimi, i starali się kompensować im to dobrami materialnymi. Trudno było je przyjmować, bo nie były żadnym zamiennikiem dla potrzeb emocjonalnych dziecka, wiec często odrzucaliśmy je, i w odpowiedzi byliśmy wychowywani w poczuciu winy za niewdzięczność. Braki emocjonalne były jak sucha studnia, którą w sztuczny sposób musieliśmy później napełnić sami, w wyniku czego wyrośliśmy na rozchwianych między mizantropią a megalomanią, narcystycznych egoistów, nie mogących napatrzeć się na swoje selfie.

Nauczyciele zawiedli jako wychowawcy. Chcieli po prostu wrócić do domu i ukoić nerwy przy odcinku klanu. Za mało zarabiali by się przejmować. W rezultacie weszliśmy w życie znając się tylko na pokemonach i z upragnieniem czekając na list ze szkoły czarodziei. Wkroczyliśmy w dorosłość upośledzeni, nie wiedząc jak się płaci rachunki i jak działa system emerytalny.

Po wyprowadzce z domu, ucieczce, w pewnym momencie człowieka aż mogła ogarnąć ochota by zniszczyć te zakorzenione głęboko paranoje. Jednym ze sposobów mogło być zostawienie portfela w mieszkaniu i pojechanie bez pieniędzy autostopem na Bliski Wschód. Cokolwiek. Im bardziej samobójczo, tym lepiej. Myślę że w moim wypadku podróże były bezpośrednim wynikiem przedawkowania strachu, tego pokolenia naszych rodziców, i tego marketingowego, jak i treningiem społecznym, naprawą zniszczeń zakorzenionej aspołeczności. Łapanie stopa potrafi dobrze pod tym względem wyprostować człowieka, zwłaszcza jeśli od tego jak komunikatywny będziesz zależy, jak daleko dojedziesz i czy nie padniesz z głodu po drodze.

W drodze pierwszy raz stawiałem sobie cele i osiągałem je. Geograficznie i psychicznie. W pełni odnajdywałem się w oszczędnym, minimalistycznym bycie, i obojętności na wstyd. Trudno było, bym w pewnym momencie nie rozejrzał się i nie pomyślał sobie, że może właśnie tak można żyć..? To byłby jednak zły pomysł. Gdy z czasem poczucie wyzwania i satysfakcji stawały się trudniejsze do odnalezienia, to co złe mogło zacząć uwierać, aż stało się zbyt niewygodne by je ignorować. Ciągłe proszenie się o coś potrafi zniechęcić. Stanie z wyciągniętym kciukiem jest takim proszeniem się. Tak samo żebranie o pieniądze na fejsie, bo popłynęło się jachtostopem do Meksyku, przyszli źli ludzie z maczetami i ukradli plecak z paszportem. Uzależnienie od innych potrafi zniechęcić, tak jak sami inni. Można poznać tylu ludzi, aż wszyscy nagle staną się przewidywalni- ludzie w garniturach w samochodach, anarchiści w dredach, każdy nagle będzie jak wycięty z kartonu kształt człowieka, z którym gdzieś, kiedyś się już rozmawiało. Można uciec dalej, osiąść z wieśniakami z Mongolii, czy jakimś plemieniem w buszu, przymykać oko na to, że ci ludzie wciąż wieszają homoseksualistów za jaja na palmie, i myśleć sobie, że są zacofani, ale pocieszni.

Podróże mnie wyprostowały, pozwoliły pokonać niektóre dogrywające mi demony. Teraz chciałem wtopić się w tło etatowców ze zbyt króŧkim urlopem, by podróżować gdziekolwiek. Leżałem w namiocie, padał deszcz, noc miała być chłodna, a ja dawałem się ponieść fantazji. W wyobraźni widziałem siebie w śmieciarskim kombinezonie transformers, jeżdżącego po spokojnym osiedlu domków jednorodzinnych, i widzącego w oknach rodziców, patrzących przez szparę w firance, starych znajomych, nauczycieli, sąsiadów. Jechałbym tak na tyle śmieciarki z ciepłym uśmiechem, życząc wszystkim dobrze i pozdrawiając ich uniesioną ręką. Z boku śmieciarki napisałbym sprejem:









NIE LĘKAJCIE SIĘ

27 lutego 2016

Trampoliny przed domami //22









Gdy wróciłem do Tromso był już późny wieczór. Wszystko na mnie czekało, tak jak je zostawiłem- mój rower stał przypięty przy bibliotece, norwescy zasiłkowcy w Rogersie śpiewali pijani na balkonie, aż żywica tytoniowa puszczała soki ze zmarszczek na ich twarzach, Radu chodził z bębenkiem w swojej nowej bluzie, zaczepiając nielicznych pijanych turystów na deptaku. Omijając cały ten taniec, kierowałem się na do parku, do czekającego na mnie namiotu. Przestałem go nawet składać. Uznawałem już wtedy Norwegię za obłąkany, ale stosunkowo bezpieczny kraj.

Jak zwykle zatrzymałem się przy małej pizzerii po drodze. Była właściwa godzina. Usiadłem na ławce, poczekałem, aż kelnerka wyszła, wyrzuciła śmieci, i zamknęła lokal. Na końcu ostatniej zmiany zawsze wyrzucano pizze, które ktoś zamówił przez telefon, ale których nigdy nie odebrał. Każdego dnia było parę takich przypadków. Stały tak na podgrzewanej wystawce i czekały, by na koniec dnia trafić w pudełkach do kosza. Wracając codziennie wieczorem do Prestvannet, zazwyczaj miałem ciekawy wybór ciepłych placków na kolację.

Dziewczyna, która tym razem wyrzuciła worki była bardzo ładna. Wyobrażałem sobie, że kelnerka pracująca w pizzerii musi po pracy pachnieć serem, tak jak śmierdzi się chemikaliami po całym dniu na zmywaku. Gdybym kiedyś umówił się z kelnerką z pizzerii, to powiedziałbym jej, że ładnie pachnie, domyślając się, że będzie to dla niej dużo znaczyć. Wiedziałem, że wzięłaby prysznic po pracy, bardziej niż zwykle szorując swoje ciało. Gdybyśmy się przywitali, poczułbym ser. Całując ją w policzek specjalnie zaciągnąłbym się, by to sprawdzić. Powiedziałbym jej, że ładnie pachnie, a ona podziękowałaby i spuściłaby nieśmiało wzrok.

Zaczęło nieźle padać. Musiałem się przegrupować, potrzebowałem jakiegoś dobrego pomysłu, który pozwoliłby mi wyprzedzić wszystkich, przechytrzyć, sprawić, by to moje CV było pierwszym w stosiku, na biurku recepcji jakiegoś gównianego hotelu. Była jesień na kole podbiegunowym. Studenci wrócili do miasta, przebierali się i organizowali integracyjne zabawy na ulicach. Skończył się okres reprodukcyjny ptaków, Norwedzy pochowali trampoliny sprzed swoich domów. Nikt nie przyjeżdżał już na malowanie płotów, nikt oprócz mnie nie spał w namiocie.

Gdzieś tam w dżungli pewnie był jakiś chłopaczek z grzywką i kijkami do puszczania baniek, który objechał świat na stopa, teraz postanowił osiąść z jakimiś dzikusami na jakiś czas, wbił sobie w wargę duży kołek, założył na szyję jakieś paciorki, a w uszach miał kły słonia. Siedział teraz pod jakimś drzewem i był uosobieniem spokoju i mądrości. Nie narzucał się nikomu, uśmiechał się i po prostu sprawiał wrażenie jakby wiedział coś, czego nie wiedzą ludzie w miastach. Gdzieś tam w mieście był biznesmen, oceniający ludzi po marce noszonego garnituru, pewny siebie, inteligentny jak cholera, spędzający życie w ładnych lakierkach, na ładnych wykładzinach, dla większości spotykanych ludzi mający tylko pobłażliwość i obrzydzenie. Gdzieś tam na innej wykładzinie był polityk, na którego nikt nie oddał ani jednego głosu, a który właśnie obejmował bardzo ważną funkcję w państwie i nie mógł przestać się szczerzyć z zadowolenia, siedząc sam w swoim nowym biurze. Gdzieś tam była jakaś zakonnica, z czystą, białą, niewykrzywioną nigdy przez orgazm twarzą, porośniętą tylko gdzieniegdzie pojedynczymi, długimi, siwymi włoskami. To ona, nawet bardziej niż inni, wierzyła, że była pierwsza w kolejce, a być może nawet wierzyła w miejsce poza nią. W namiocie, w deszczu, w parku Prestvannet byłem ja, marzący o jednoczęściowym, niebieskim uniformie i posadzie kolesia uwieszonego z tyłu śmieciarki, zbierającego kubły z ulicy. Świat był idealny w swoim zróżnicowaniu, wszystko grało jak w zegarku, wszystko było na swoim miejscu. Nikt z nas nie miał żyć wiecznie i nie można było prosić o większą sprawiedliwość. Pozostawało nam kontynuować, sprawdzając tylko od czasu do czasu w wiadomościach, czy nasza planeta gdzieś, w którymś miejscu się nie pali.

26 lutego 2016

Piękno drogi //21


Lyngseidet okazało się być malutkim gówienkiem, schowanym za siedmioma górami i fiordami. Nie łatwo było tam dojechać stopem. Biuro firmy znajdowało się praktycznie na odludziu. Chciałem zrobić dobre wrażenie na Janie Tore, ale gdy stanąłem w drzwiach jego przybytku, wciąż chyba mógł zauważyć w moich oczach rys wkurwienia. 'Chodzi o niższe podatki' - wyjaśnił już w progu i polecił mi się chwilę ogrzać przy kaloryferze.

Jan Tore był skromnym milionerem. Zadumanym, refleksyjnym i zamkniętym w sobie. Chciał mnie oprowadzić po budynku, ale nie było tam wiele do pochwalenia się. Firma miała swoją dużą siedzibę w Oslo, i w Lyngseidet była tylko zarejestrowana. W biurze dla niepozoru stał komputer i parę segregatorów. W korytarzu wisiały zdjęcia zrealizowanych inwestycji, ukończonych budynków. Jan Tore poopowiadał chwilę o nich, powspominał trudne początki i rozłożył ręce, jakby nie mając już nic więcej do pokazania, po czym przypomniał sobie o stojącej w garażu kolekcjonerskiej furze wartej 50 tysięcy euro. Zaprowadził mnie do pomieszczenia obok i faktycznie, stała tam, krwista i lśniąca jak cholera. Jan Tore przedstawił mi ją jako swoją największą pasję. Odchował już dzieci, żona była wiecznie w rozjazdach biznesowych, pies rodzinny nie żył. Wolne chwile spędzał przy tym samochodzie, restaurując każdą jego najmniejszą część. Poklepał go parę razy delikatnie po masce, po czym sam chyba spłoszył się swoim ekscentryzmem, i zaprosił mnie do biura.

W biurze od razu wyszło, że jestem ściemniaczem bez meldunku i stałego miejsca zamieszkania. Nietrudno też się było domyślić, że prawdopodobnie jem po śmietnikach. Odniosłem jednak wrażenie, że dopóki nie ściągę swetra i nie pokaże Janowi swoich wychudzonych rąk, posada pomocnika nie była dla mnie nieosiągalna. Jeśli nie mając żadnego fachu w ręku chciałem pracować na budowie, jedno było pewne- musiałbym na niej nosić ciężkie jak diabli rzeczy.

Jan Tore nie za dobrze przyjął do wiadomości to, że nic nie umiałem i byłem w gruncie rzeczy bezużyteczny dla społeczeństwa. Marszczył czoło, tarł oczy, drapał się po głowie, i chyba jedynym, co powstrzymywało go przed wykopaniem mojego dupska na deszcz było to, że mówiłem po angielsku lepiej niż on. Norweg rozmawiał całkiem dobrze w tym języku, więc zobaczył we mnie potencjał, zwłaszcza jeśli dzięki temu mogłem ułatwić komunikację między członkami zespołu w Tromso. Nie mogłem mu się dziwić. Dominującym językiem na placu budowy był język kaszubski.

Wziął ode mnie zdjęcia do identyfikatora zaznaczając, że nic nie może jeszcze obiecać i pozwolił przespać się u siebie. Jan Tore mieszkał w normalnym, drewnianym domku na obrzeżach miasteczka i jak twierdził, nigdy nie marzył o willi, ani jachcie. Salon był pełen regałów, zawalonych książkami historycznymi. Norweg zrobił kanapki, zaprosił mnie przed telewizor i włączył program historyczny o drugiej wojnie światowej. Na uchu miał założony bezprzewodowy zestaw słuchawkowy, co jakiś czas odbierał telefony i dawał komuś jakieś instrukcje. Później przy winie pokazał mi album rodzinny. Każdą z fotografii w paru zdaniach ciekawie omawiał. Na jednym ze zdjęć była jego córka w sukni ślubnej, obok swojej partnerki, też w sukni ślubnej. Zadumał się chwilę, pokiwał głową, i milcząc przewrócił stronę.

Opowiedział o swoim psie, największym przyjacielu rodziny. Przeżył dwanaście lat. Pod koniec życia nie mógł tak naprawdę już chodzić i pewnego dnia dostał silnego ataku drgawek. Gdy atak ustał, miał w oczach już tylko cierpienie. Jan Tore powiedział żonie, by zabrała dzieci do samochodu i wyjechała na chwilę do miasta. Przed tym, pozwolił im się z psem pożegnać. Odczekawszy, aż samochód odjechał wystarczająco daleko, wziął z lodówki parę plasterków szynki, pogłaskał, poklepał i uściskał poczciwe psisko przez chwilę, poszedł z nim do stodoły, rzucił wędlinę na ziemie i odstrzelił mu łeb.

W salonie było strasznie ciepło, ogrzewanie hulało, a ja siedziałem w swetrze, bo nie chciałem, by Jan Tore zauważył, że puszka mielonki ma bardziej rozwiniętą tkankę mięśniową niż ja. Chociaż też wypiliśmy sporo czerwonego, starałem się jak najmniej mówić o sobie. Dużo było do stracenia, a ja nie chciałem zbyt bardzo odstawać od obrazu sumiennego, prostego pracownika fizycznego. Pierdolenie o Heideggerze mogło w tych okolicznościach nie zostać dobrze zrozumiane.

Jan Tore zaczął opowiadać o swoich pracownikach, o Litwinach pracujących u niego przez pół roku, jadących na urlop do rodzin i wracających nowymi samochodami. Mówił o przeciętnych wypłatach trzech tysięcy euro miesięcznie dla pomocników. Opisywał wyrzeczenia, sposoby w jakie trzeba się poświęcić, żyć w urządzonych dla pracowników na placu budowy kontenerach, przyczepach. Pytał się, czy na pewno jestem na to wszystko gotowy. Pokiwałem głową, on też pokiwał, i kiwaliśmy tak chwilę razem.

Potem wszystko trafił szlag. Za dużo wypiłem i najpierw wygadałem się co do swojego wyższego wykształcenia, a potem powiedziałem parę zdań, po których można było podejrzewać, że uważałem malarstwo abstrakcyjne za potrzebne i ważne. Jan Tore ciągnął mnie też za język w temacie podróży, był zafascynowany, obruszył się nawet i nie mógł zrozumieć, dlaczego nie chcę kontynuować jeżdżenia po świecie i mam zamiar zamienić piękno drogi na parę miesięcy w kontenerze mieszkalnym w Tromso. Użył tego zwrotu, 'piękno drogi'. Wiedziałem, że było źle. Jakkolwiek tłumaczyłem się, nic go nie przekonywało. Na koniec nie wytrzymałem i zdjąłem sweter. Norweg zawiesił chwilę wzrok na moich chudych łapkach i kiwnął głową.

Niedługo po tym poszedłem spać do starego pokoju jego córki. Jan Tore obudził mnie rano, przykucnął przy łóżku, przeprosił, i powiedział, że nic z tego nie będzie. Podwiózł mnie na prom i dał paczkę tytoniu. W samochodzie nie starał się argumentować swojej decyzji, ale odniosłem wrażenie, że Jan Tore poczuł ważną misję uchronienia mnie przede mną samym. Być może wiedział, że potrzebowałem już czegoś innego, ale nie chciał chyba mieć z ułatwieniem mi zdobycia tego nic wspólnego.

  'Pamiętaj przyjacielu, nic nie jest niemożliwe!'- powiedział jak się żegnaliśmy.

Jan Tore nigdy najwyraźniej nie próbował złożyć kartki papieru w połowie dziewięć razy.

22 lutego 2016

3 Polki //20

                                                                                                                                                             Aurelia

Często przesiadywałem przed Solidem, jednym z barów przy głównej ulicy, relaksując się pod zamontowaną nad ławką grzałką. Kelnerka dolewała mi kawę zazwyczaj tak długo, aż widziała po mnie, że moje organy wewnętrzne były bliskie dezintegracji. Nogi okrywałem kocem, na stoliku kładłem tytoń, zapalniczkę, bletki, podsuwałem sobie popielniczkę, by była na wyciągniecie ręki i odpalałem durną grę na komórce. Często spotykałem przyjaciół. Po piątkowym sukcesie Radu kupił sobie oryginalną bluzę i zyskał nową pewność siebie, chodząc teraz po ulicy niczym jakiś kapitan drużyny kutasa. Wydawało mi się, że nawet jej kolor dość gustownie podpasował by korespondował z zawieszonym na szyi bębenkiem.

Pewnego dnia przysiadły się do mnie trzy Polki. Spytały się po angielsku, czy miejsca są wolne, i po angielsku też im odpowiedziałem. Gdy przerzuciły się na polski, nie dałem im znać, że je rozumiem. Uznałem to za dość unikalną okazję, by zostać szpiegiem w kobiecym świecie, by pierwszy raz w życiu usłyszeć ich autentyczną rozmowę, gdy myślą, że samiec nie jest w pobliżu. Pragnąłem dywagacji o sterczących fiutach. Chciałem usłyszeć okrutne żarty o zniewieściałych byłych, rozklejających się po seksie w poduszkę, z powodu problemów z erekcją. Chciałem usłyszeć o przerywaniu pracy i masturbacji w łazience do fantazji o byciu zdewastowaną przez grupę włochatych Arabów z pulsującymi w oczach knagami. Zamiast tego dziewczyny piły piwo, rozmawiały o łowieniu ryb i zaletach łapania dorszy na blachę. Potem przeszły do umiarkowanego narzekania na pracę i ujawniłem się, bo też chciałem na coś ponarzekać. Ola i Paulina robiły razem, składając i komponując kanapki, które lądowały następnego dnia w barach i stacjach benzynowych. Gdy później zdarzało mi się przy Paulinie jeść wyciągniętą ze śmietnika stacji kanapkę, potrafiła jej się dobrze przyjrzeć i stwierdzić, czy ją składała. Aga sprzątała w hotelu i to ona wkurwiała się na Alice i mnie, gdy paliliśmy fajki w pokoju. Nie zdziwiło jej to, że Alice była na amatorskiej, autorskiej kuracji metadonem, ale też zwykła denerwować się z powodu takich sytuacji. Najwyraźniej miasto miało w zwyczaju wynajmowanie na dłuższy czas pokoje hotelowe Norwegom na odwyku i często, gdy Aga opróżniała śmietniki w  tych pokojach, przez worki przebijały się zużyte igły. Dziewczyny trochę miały mi za złe, że siedziałem tak bezczelnie i je podsłuchiwałem, ale potem udobruchaliśmy się i nawaliliśmy. Przespałem się na karimacie na podłodze w salonie Pauliny. Nie mogłem zasnąć na sofie.

Paulina przyjechała do Norwegii w ciemno. Zawsze była pomysłowa w znajdywaniu pracy, nie czekała na ogłoszenia tylko sama brała inicjatywę i jeździła po dziwnych miejscach. Raz prawie dostała robotę jako czyściciel krabich klatek w oddziale uniwersytetu. Umiała dobrze skomponować CV, obowiązkowo dodawała do niego parę ciekawych zdań o sobie, dostosowanych do konkretnej pozycji, o którą się ubiegała. Mieszkała na piętrze drewnianego, żółtego domku z Francuzką, Aurelią. Zacząłem dość często wpadać na partyjki makao wieczorem i prysznic. Deska klozetowa opadała i odlewając się musiałem ją przytrzymywać. Typowy defekt w mieszkaniach dziewczyn.

Paulina pożyczyła mi fajny rower. Standard mojego życia rósł i ilość dostępnych, darmowych środków lokomocji podskoczyła do dwóch. Było to krytyczne ułatwienie wszystkiego.

Chciałem rzucić wyzwanie zbliżającej się jesieni. Nie mogłem poddać się i po prostu wrócić do kraju, tym bardziej nie interesowało mnie już przeczekanie zimy w Maroku, z jakimiś fascynującymi Beduinami, żyjącymi z wielbłądami na skraju pustyni. Zacząłem szukać alternatywnych możliwości noclegowych. W porcie znalazłem opuszczony samochód postawiony na cegłach, z wybitą tylną szybą. Zakleiłem ją folią, ale w nocy wciąż było bardzo zimno. Rano przyszli robotnicy, bo myśleli, że jestem ćpunem i chcieli się podroczyć. Poradzili mi, bym uważał i raczej trzymał się z daleka od portu po zmroku. Parę tygodni wcześniej grupa Norweskich strażników rasy zakatowała tam jakiegoś czarnego. Podobno ktoś taki jak ja, też im się mógł nie spodobać.

Na niektórych jachtach żyli studenci. Dogadywali się z właścicielami i w zamian za pilnowanie łodzi, i symboliczny czynsz, mogli w nich mieszkać. Poradzili bym zostawił kartkę na portowej tablicy ogłoszeń. Wyrwałem stronę z notatnika, napisałem na niej parę zdań, i gdy poszedłem ją przyczepić zauważyłem, że tablica była zajebana takimi kartkami.

Wróciłem do Rogers'a i oklapłem, trochę zniechęcony. Na projektorze leciał mecz miejscowej drużyny, więc wszyscy go oglądali i oprócz jednego nawalonego dziadka balkon był pusty. Jakaś baba w środku darła się strasznie, podekscytowana spotkaniem. Cokolwiek krzyczała, dostawała pełną aprobatę tłumu. Nie ważne, czy miała rację, czy nie, czy decyzja sędziego była sprawiedliwa, czy się pomylił. To jest niesamowita siła, móc powiedzieć cokolwiek i być bezwarunkowo popartym. To były prawdopodobnie jedyne momenty w jej życiu, w których tak naprawdę mogła się wydrzeć i ludzie z nią nie polemizowali, a ona tej polemiki nie musiała się obawiać. To były jedyne momenty, w których się wydzierała.

Pogadałem chwilę z nawalonym dziadkiem i potem siedzieliśmy sobie po prostu w ciszy. W pewnym momencie z trudem podniósł swoją pajęczą rękę, z paznokciem palca wskazującego ostrym jak sztych noża, i wskazał miejsce po drugiej stronie placu. Prowadzono tam jakąś sporą rozbiórkę budynku, potężna inwestycja.

  'Czemu nie tam...?' - wysapał dziadek.

Kiwnąłem głową i poszedłem. Pokręciłem się trochę przy ogrodzeniu, porzucałem drobnymi kamyczkami w baraki i wylazł jakiś Polak, pytając czego chce. Powiedziałem żeby wołał szefa.
  'To Norweg będzie' - uprzedził.
  'Dawaj go tu' - powiedziałem.
Z najładniejszego baraku wyszedł brodaty drwal o imieniu Bjorn. Spytałem się go czy nie potrzebuje pomocnika na budowę i dodałem, że mógłbym nosić rzeczy, sprzątać syf, i ułatwiać komunikację z Polakami. Na to ostatnie Bjorn wytrzeszczył oczy i powiedział, że chętnie, ale to nie on jest osobą decyzyjną. Dał mi parę numerów telefonów i trochę czasu zajęło, aż przebrnąłem przez łańcuszek szefów firm pośredniczących i dodzwoniłem się do Jana Tore, milionera.

  'Jan. Tu Bart' - zagadałem.
  'Huh...?' - odezwał się głos w słuchawce.
  'Rozmawiałem z Bjornem z AS AF, twierdzi, że przydałby mu się jeszcze jeden pomocnik do dekonstrukcji w centrum Tromso. Poradził, bym się z tobą skontaktował'.
  'Czekaj, zadzwonię do niego'

Po paru minutach Jan oddzwonił i powiedział, że Bjorn potwierdził, że jestem w porządku, i że mówił coś jeszcze o zerowej komunikacji z Polakami na budowie, ale musiałbym wpaść do biura firmy w Lyngseidet, pogadać z nim osobiście i przywieźć dwa zdjęcia legitymacyjne do identyfikatora. Spytał się czy mogę przyjechać na drugi dzień w południe. Lyngseidet leżało około 50 km od Tromso. Wymamrotałem, by poczekał chwilę, bo musiałem sprawdzić to w swoim terminarzu, w 20 sekund skręciłem peta bez filterka, odpaliłem go, powiedziałem Janowi, że nie ma problemu, umówiliśmy szczegóły, i rozłączyliśmy się.

'Uściskam mu mocno dłoń na powitanie.' -pomyślałem.

'Skurwysyny pewnie myślą, że to coś znaczy'.


*


                                                                                                                                                                           Paulina

20 lutego 2016

Daniel i więzienia w Norwegii //19

                                                                                                                                                                                   Arek


Z pieniędzmi Tromso stało się jeszcze wygodniejsze. Miałem już swoje ścieżki, wraz z poznanymi na nich ludźmi, teraz dodałem do nich ulubione miejsca z tanimi dolewkami kawy, grę w bilard w Rogersie, ulubiony tytoń, stosik podrukowanych CV i norweski numer telefonu. Matka Radu, stara, surowa Cyganka, zaczęła kłaniać mi się do samej ziemi, gdy mijaliśmy się na Storgacie. Na początku września swoje wrota otworzyła też misja pana Jezusa, wraz z takimi hitami jak darmowe pranie, prysznic, jednorazówki do golenia i nawet ciasto, jeśli przyszło się umyć dupsko o odpowiedniej porze. Często spotykałem tam rodzinę Radu. Od czasu, gdy uczyniłem go zamożnym człowiekiem, także jego siostra zaczęła się do mnie uśmiechać i nieśmiało czerwienić. Zagadanie do niej, lub nie, wciąż mogło być jednak różnicą między obudzeniem się następnego poranka w namiocie, a byciem wyłowionym z fiordu przez strażaków. Cyganie rumuńscy nie żartowali z czystością rasy.

Wieczorami lubiłem chodzić na ryby z Arkiem, młodym, polskim robotnikiem, ciułającym każdy grosz. Wszystko go rozśmieszało. Najbardziej to, że w każdej chwili mogłem zniknąć za rogiem i po chwili przynieść mu zapakowanego szczelnie halibuta z jednym dniem po terminie ważności, który wciąż byłby lepszy od jakiejkolwiek wyciąganej przez niego ryby. Arek dwa miesiące mieszkał w Tromso i pracując za podejrzanie niską stawkę godzinną w polskiej firmie budowlanej, po miesiącu dostał już przepukliny, ale robił dalej. Kiedyś zabrałem się z nim i innymi chłopakami pograć w piłkę na małym boisku, i wachlarz kontuzji w naszym składzie był zdumiewający. Grający w obronie koleś od dwóch tygodni kładł tynki z nieopatrzonym, złamanym nadgarstkiem. Wszyscy zarabiali 40 złotych na godzinę i żyli razem w oparach swoich pierdów.

Jak zwykle przesiadywałem dużo w Rogersie. Mieli tanią kawę, całkiem niezły stół bilardowy, i stałą ekipę go okupującą, złożoną w większości z kończących programów dwunastu kroków, podstarzałych Norwegów z pomarańczowymi od petów wąsami. Nie ważne jak bardzo trzęsły im się nogi na błogą myśl o porannej porcji metadonu, byli ograni i zazwyczaj ze mną wygrywali. Norwedzy mieli inne reguły gry, najważniejszą zasadą pozostawał jednak nakaz biegania siedem razy nago wokół stołu, jeśli zostało się z siedmioma bilami po wbitej ósemce. Prawdopodobnie najbardziej ułożoną i jedyną wśród grających osobą ze stałym zatrudnieniem był Daniel. Pracował w sklepie z meblami, a po pracy codziennie szedł do Rogersa ze swoim własnym, drogim kijem. Był tam jednym z lepszych. To on po cichu na stronie wskazał mi palcem osoby, na które trzeba uważać, 'rekinów bilardu', jak ich nazywał. Przy nowej osobie sprawiali oni wrażenie początkujących, by założyć się w następnej grze o pieniądze i rozłożyć przeciwnika w paru uderzeniach.

Daniel mieszkał po drugiej stronie mostu i nie zawsze miał siły, by po paru kuflach na balkonie Rogers'a wracać kolejny raz do domu na piechotę. Ostatnim razem, gdy po pijaku zabrakło mu do tego cierpliwości, zdążył ukraść cztery samochody zanim stanął przed progiem swojego mieszkania i dogoniły go radiowozy policji. Daniel nie wspomina dobrze więzienia. Najgorszy według niego był brak stołu bilardowego. Zbyt późno odkrył, że przez cały czas mieli taki w placówce w Trondheim. Gdyby tylko o tym wiedział, wnosiłby o przeniesienie.

Noce w namiocie robiły się coraz chłodniejsze. Miałem jeszcze tylko parę tygodni, zanim mój kiepski śpiwór przestałby utrzymywać ciepło. Wysyłałem swoje CV już gdzie popadnie. Czasami na balkonie Rogers'a dostawałem jakąś pijacką obietnicę od zabłąkanych drobnych przedsiębiorców. Eugenia miała spytać się mieszkającego w przyczepie kempingowej Ruska, czy nie załatwi mi pracy na czarno na statku rybackim. Poznana podczas piątkowej gry na gitarze dziewczyna obiecała zagadać o robotę swojego ojca, właściciela firmy budowlanej. Niewiele poza tym. Norwegia skutecznie broniła się przed takimi jak ja. Nie było tak naprawdę najmniejszego sensu w szukaniu pracy bez posiadania meldunku, którego nie miało się szans dostać bez wynajmowanego pokoju. Właściciele mieszkań zazwyczaj prosili na początek o równowartość dwóch miesięcy czynszu, plus kaucję. Polubiłem Tromso, zaakceptowałem je, byłem w stanie się z nim na dobre zaprzyjaźnić i rozpostarłem ręce by je uściskać. Tromso wciąż spoglądało zniesmaczone.



Daniel


19 lutego 2016

Postęp //18


Radu przyniósł ze sobą dużą, plastikową butelkę piwa, które smakowało jak cornflakesy zalane spirytusem. Twierdził, że kupił je z przemytu od Ruskich. Radu nie wyglądał mi na kogoś, kto mógł kupić sobie cokolwiek, więc nie było wykluczone, że podał mi zlewki wszystkich niedokończonych piw, które znalazł na ulicy na przestrzeni tygodnia. Pijąc je miałem wrażenie, że tak właśnie smakowałoby tanie wino musujące, zmieszane z czipsami bekonowymi, ale byłem jednak zbyt bezdomny, by odmówić alkoholu.

Na głównej ulicy chodziło już wtedy sporo ludzi. Spiętych, skrępowanych, szukających dobrego miejsca na pierwszego drinka. Pozostali członkowie rodziny Radu skrupulatnie przeczesywali tłum, szeleszcząc drobnymi w papierowych kubeczkach. Gdy wyjąłem tuner do gitary i zacząłem ją stroić, Rumun zaciekawił się i przywołał gestem ręki swojego starszego brata, który przyprowadził ze sobą paru kolegów. Gdy wskaźnik na tunerze prawie dotykał środkowej linii i mrugała zielona lampka, wszyscy wyciągali szyje, żeby lepiej widzieć i zastygali, by po chwili odetchnąć z ulgą, gdy struna stroiła, a mruganie lampki się ustabilizowało. Powtórzyliśmy to jeszcze pięć razy. Gdy dostrajałem zbyt mocno i zamiast zielonego zapalało się czerwone światełko, oni patrzyli po sobie zawiedzeni i nerwowo kiwali głowami na boki z dezaprobatą. Przypomniała mi się kontrowersyjna, ale końcem końców trafna porada mojej znajomej, która przed moim wyjazdem do Iranu poradziła mi, żebym wziął ze sobą jakieś radyjko na baterie, by zyskać sobie sympatię miejscowych.

Zaczęliśmy grać. Radu dobrze sobie radził, ale ubóstwo było wszechobecne nawet w wybijanym przez niego rytmie. Starałem się w swojej grze być dla niego jak najbardziej przewidywalny. Wkrótce całkiem nieźle się zgraliśmy i pierwsze monety zaczęły sypać się do futerału. Całą garść drobnych wrzucił nam starszy koleś, o usposobieniu i ogładzie łagodnego profesora literatury, wyjętego wprost z uniwersyteckiego audytorium. Usiadł dokładnie na wprost nas na ławce po drugiej stronie deptaku, założył nogę na nogę i siedział z taką miną, jakby słuchał opery, rozkoszował się nią, i wzniośle, z wyrafinowaniem pozwalał wsiąknąć każdej jej nutce w najdelikatniejsze zakamarki swojej duszy, po czym po paru minutach podszedł do nas i spytał się, czy któreś z nas nie chce mu obciągnąć pały w jego pokoju hotelowym. Twierdził, że ma pieniądze. 'Zaczyna się'- pomyślałem. Wytłumaczył, że jest na delegacji, następnego dnia miał zrobić ważną prezentację, przed ważnymi ludźmi i chciał upuścić trochę trucizny. Grzecznie odmówiłem, uśmiechnąłem się, i spojrzałem na Rumuna, który pobladł i siedział w bezruchu. Radu zdecydowanie nie radził sobie z tą sytuacją. Widziałem, że słowo 'pieniądze' pobrzmiewało i wibrowało w jego głowie. Po paru sekundach wydusił z siebie tylko 'no homo...' i dalej gapił się tak na faceta z otwartą buzią. Koleś rozłożył ręce pociesznie i poszedł sobie. Pomachałem mu i znów zacząłem grać, ale Radu nie dołączył i wciąż tylko tak siedział. Po chwili pobiegł sprintem za kolesiem i czekałem na niego bite pół godziny. Nie pytałem go o nic jak wrócił, a sam powiedział tylko, że naciągnął profesorka na kebab. Wyglądał na dobrze wyruchanego.

Z czasem ludzie robili się coraz bardziej pijani, częściej się przy nas zatrzymywali, całe grupki śpiewały, darły mordę, nawalone dziewczyny w podartych rajstopach klękały przy mnie i chciały mnie głaskać po włosach, górka monet rosła. Pazerność Radu była jednak problemem. Oni dawali nam kasę, a on prosił ich jeszcze o kebaby. Widziałem zakłopotanie na twarzach ludzi, mówiłem im, że nie muszą i kazałem uciekać, a on gonił ich, wracał potem zdeterminowany i mówił mi, że on ma nosa do pieniędzy, i żebym zostawił mu gadkę. My friend, my friend. No problem my friend. Latał za nimi krzycząc mister mister! Please mister! Wracał nakręcony i powtarzał w kółko no problem my friend.

Pieniądze zaczęły się jednak poważnie sypać, a on wkrótce sprawiał wrażenia tak szczęśliwego, jakby chciał mnie wycałować. Szybko też zaczął mnie okradać. Twierdził, że to nie dobrze, by banknoty leżały w futerale, bo ludzie widząc je mogli pomyśleć, że już nam starczy. Za każdym razem ostentacyjnie brał więc banknot i pokazywał mi go, jak magik przygotowujący się do sztuczki, i powolnie wsadzał go do leżącej między nami czapki, a czasami w czapce chował go w dłoni i zostawiał u siebie w rękawie. Parę razy mu z niego wyleciał.

Sytuacja robiła się coraz bardziej nieprzewidywalna. Bycie obiektem zainteresowania wielu pijanych, agresywnych i głośnych ludzi naraz może wiązać się z pewnymi konsekwencjami, ale nauczyłem się, że najważniejsze jest, by nie starać się być pod kontrolą, nie zastanawiać się, co się wydarzy za chwilę, nawet jeśli ziemia by się trzęsła z niepokoju. W pewnej chwili jakiś młody chłopak uderzył swoją dziewczynę, a ochroniarz klubu obok, chwycił za kubek z drobnymi siostry Radu, wyjebał go w krzaki i kazał jej nie zaczepiać ludzi stojących w kolejce do wejścia. Obaj rzuciliśmy nasze instrumenty, odepchnąłem tamtego chłopaka i w ostatniej chwili zrobiłem unik przed rzuconym znikąd jak frisbee kawałkiem pizzy. Radu stał pomiędzy ochroniarzem a swoją siostrą i uspokajał sytuację. Jego siostra nie była najgorsza. Już wcześniej zauważyłem jak parę razy zdarzyło jej się ustawić dobrze do światła. Szkoda, że zawsze była opatulona tuzinem wydzierganych koców. Między nami jakiś zataczający się Norweg już wyciągał kutasa, by naszczać nam do futerału. W ostatniej chwili go powstrzymałem. Dziewczyna, która przed momentem oberwała domagała się, bym pobił jej chłopaka, gdy odmówiłem rzuciła się na mnie. Nie bałem się bójek, skopanej mordy, skopania komuś mordy. Bałem się rachunków za dentystę. Jedynka już mi lekko czerniała od lat i jak tylko przychodziła zima, za każdym razem wychodząc na mróz, coś mi w niej przeskakiwało. Za jego ubezpieczenie wciąż płacili rodzice, a ja mogłem paść na chodnik i umrzeć na ulicy w wieku czterdziestu lat z powodu bólu zęba.

Przez chwilę wszyscy tak biegaliśmy w kółko. Ona zawieszona na mnie, on starający się ją ściągnąć, Norweg zataczający się z fujarą na wierzchu, Radu wyzywający ochroniarza, jego siostra zbierająca drobne na kolanach, obślizgłe samce obcierające się o załamane samice. Nad nami fruwało jedzenie, a my paplaliśmy się w rzygach. Mewy czekały, aż wszyscy sobie pójdziemy.

Wyszliśmy z jaskiń, dokonaliśmy postępu, nie jebiemy już noworodkami o skałę, jak mają średnie szanse na przeżycie, ani nie jemy siebie nawzajem. Postęp. Głupio tak o nim wspominać, by jeszcze nie zapeszyć.

O czwartej nad ranem szła ostatnia, ale ważna fala ludzi wychodzących z klubów do taksówek. W paru intensywnych i ekstremalnie stresujących minutach sypało się do futerału ćwierć naszego całego utargu. Nie oglądaliśmy się na siebie, nie słuchaliśmy się nawzajem. Nie reagowaliśmy na zaczepki. Graliśmy, a ludzie opróżniali kieszenie z uwierających ich drobnych. Wolałem patrzeć cały czas pod nogi. Jeśli na chwilę podnosiłem wzrok obezwładniały mnie mordy, powyginane, czerwone, zadowolone z siebie, ze skrońmi buzującymi testosteronem, osadzone w zataczających się ciałach, w ostatniej chwili nas spostrzegające, i już krzyczące coś do nas, przywołujące następne, głośne, zataczające się ciała. Opuszczałem wzrok. Napięty jak struna grałem wonderwall, ludzie śpiewali, tańczyli, ściskali się, turlali po ziemi, potykali, charczeli, wymiotowali- mocniej zaciskałem powieki, czując jak kolejny opuszek mi pękał i spryskiwał gryf krwią. Byliśmy częścią problemu. Zabijaliśmy muzykę, barbarzyńsko. Ludzie płacili i chcieli więcej.

Nagle wszystko ucichło.

Zostaliśmy sami. Cisza, mewy, poupuszczane kebaby, i my.

Mieliśmy około 170 euro na głowę. Siedzieliśmy tak w ciszy przed górą pieniędzy, aż w końcu odwróciłem się do Radu i spytałem, czy wie, że jeżeli po sikaniu przyciśnie się obszar za jajami, to więcej sików wyleci, i żadna kropla nie skończy w majtkach.

'Wszyscy to wiedzą, mister'- odpowiedział spokojnie Rumun i znów zamilkliśmy.

16 lutego 2016

Wonderwall //17

                                                                                                                                                                              Magnus







Przez cały dzień czułem się jak rumuński skarb narodowy. Pozostając pod stałą obserwacją Radu i doprowadzając go do szału swoim spokojem, znów spędziłem popołudnie na różnego rodzaju ławkach i trawnikach przy deptaku. Radu wyglądał na spiętego. Młody Rumun ani na chwilę nie chciał spuścić mnie z oczu z obawy przed tym, że gdzieś zniknę, lub zapomnę o naszej umowie. Odnosiłem dziwne wrażenie, że byłem pierwszą osobą od bardzo dawna, która zgodziła się na zawiązanie z nim jakiegokolwiek rodzaju współpracy.

Byliśmy umówieni na jedenastą wieczorem. W ten sposób mieliśmy mieć dobrą godzinę na rozgrzanie się, zanim ludzie o północy wyjdą na ulicę. Już rankiem paląc pierwszego peta, poczochrany chwyciłem za gitarę i próbowałem złapać akord F, ale palce nie chciały mi się jakoś wygodnie ułożyć na gryfie. Minęło pół roku od kiedy na niej grałem, jeden rok od kiedy grałem na ulicy, i pięć od czasu, gdy gra na ulicy sprawiała mi przyjemność. Zmarszczyłem brwi. Spróbowałem jeszcze parę razy, z podobnym skutkiem. Postanowiłem trochę zwolnić, dać sobie czas. Wyjąłem kartkę papieru i ostrożnie zapisałem tytuły pięciu piosenek, które grane w umiejętny sposób na zmianę działały w przeszłości, trafiając w gust przeciętnej, pijanej duszy, a zwłaszcza jej spontanicznej potrzeby śpiewu. Chwyciłem ponownie gitarę, spojrzałem na pierwszy tytuł i uderzyłem w struny. Początkowy akord 'Wonderwall' trafił mnie prosto w jądra. Dostałem ataku kaszlu, który zamienił się w serię odruchów wymiotnych. Nie mogłem uwierzyć, że miałem zamiar to zrobić, że znów miałem zamiar być chłopaczkiem z grzywką, grającym wonderwall na ulicy. Jeżeli ten świat, ta planeta, w tym czasie, w tym momencie historii borykała się z jakimś dużym problemem mającym negatywny wpływ na kondycję naszego człowieczeństwa, sama gotowość zagrania 'Wonderwall' na ulicy sprawiała, że byłem poważną częścią tego problemu.

Zdążyłem już wtedy poznać paru mieszkańców Tromso. Często ktoś się dosiadał do mnie na krótkie pogawędki. Rozmawiałem akurat o grach komputerowych z Magnusem, studentem pochodzącym z Lofotów i nie czułem się najlepiej. Dzień zbyt szybko zleciał. Patrzyłem na swoją gitarę i nie byłem gotowy. Istniało jednak pewne miejsce w mieście i pewna osoba, które mogły mi wtedy pomóc. Gdy zauważyłem, że Radu ze swoim bębenkiem na chwilę tylko zapędził się zbyt daleko w umiarkowanie zapełniony wracającymi na prom turystami deptak, pożegnałem się uprzejmie z Magnusem, pozbierałem swoje graty, zszedłem z głównej ulicy i udałem się do małej altanki przy ratuszu, w której mieszkała 41-letnia Polka, Eugenia. Czasami chodziłem tak do niej posłuchać jej narzekania. Eugenia była bezdomna już od jakiegoś czasu i całe dnie spędzała w tej altance, także w niej nocując. Posiadała tylko torbę jakiś szpargałów, karimatę i cienki śpiwór. Często w nocy musiała wstawać i biegać w kółko, bo z zimna traciła czucie w nogach. Zaciągająca wiejskim akcentem Eugenia zawiązała kiedyś święte węzły małżeńskie z jakimś Arabem, dla którego totalnie straciła głowę, i który po rozwodzie z nią uzyskał prawa do opieki nad ich dwoma synami. Od tamtego czasu nie miała z nimi kontaktu innego niż telefoniczny i bardzo to przeżywała. Spędziwszy jeszcze sporą część swojego małżeństwa w Norwegii, Eugenii udało się przez dziesięć lat nie przepracować w niej nawet dnia i płynnie opanować język norweski. Od miesięcy okupowała teraz tę altankę tuż przed ratuszem i konsekwentnie odsyłała z kwitkiem wszystkich wysłanników z urzędu miasta, nieprzyzwyczajonych do tego typu sytuacji. Eugenia zbywała ich i z pietyzmem kontynuowała swój protest. Norwedzy w urzędzie byli zdezorientowani. Wielokrotnie oferowali jej mieszkania socjalne, wsparcie finansowe i pomoc w zaadaptowaniu się na rynku pracy, jednak Polka odtrącała ich propozycje, żądając w zamian prawa do opieki nad swoimi synami, plus to co oferowali, czyli pełen pakiet benefitów socjalnych. Nie mniej, nie więcej. Przyzwyczajeni do logicznego myślenia Norwedzy drapali się po głowach w biurach, podczas gdy za ich szybami Eugenia biegała w kółko w swojej altance.

Lubiłem jej manie prześladowcze. Prawdopodobnie jedyną i ostatnią przyjemnością w jej życiu było słuchanie wieczorem norweskiego radia z komórki, i mała uwaga, żeby oszczędzała baterię potrafiła sprawić, by Eugenia natychmiast zaklasyfikowała mnie do grupy ludzi, którzy chcą jej zaszkodzić i wszystko w życiu zabrać. Patrzyła się na mnie wtedy dziko, jakby spłoszona, i na drugi dzień o wszystkim zapominała.

Rozmawiałem dłuższą chwilę z Eugenią, znów sprowokowałem jej manie, pogapiliśmy się na siebie złowieszczo parę minut i spojrzałem na zegarek. Zbliżała się ta godzina. Zrozumiałem, że to, co miałem zrobić było nieuniknione i ważne. Inaczej mogłem ułożyć się obok Eugenii i czekać.

Wróciłem na główny deptak. Radu od godziny biegał w kółko spłoszony i szukał mnie. Szedłem w jego kierunku z założoną już gitarą, pewnie trzymając pierwszy akord 'Wonderwall'.

14 lutego 2016

Troski i wiara //16

                                                                                                                                                                            fot. Przemek



Marnie to wyglądało. Siedziałem jak wszyscy na stronach NAV-u, norweskiego urzędu pracy, i czułem, że do niczego to nie prowadzi. Tygodniowo dodawali tylko parę ofert dla nieznających norweskiego. Mogłem ustawić się grzecznie w kolejce i być jednym z setek ludzi czytających to samo ogłoszenie, ale szybciej znalazłbym robotę siedząc na balkonie w Rogersie. Raz nawet się przeszedłem do siedziby NAV-u, bo było tam darmowe ksero. W poczekalni trwał właśnie w najlepsze festiwal biedackich mord. Nigdzie indziej w mieście nie leżało też więcej nerwowo przygaszonych petów, niż przed wejściem do głównego budynku. Pościągałem referencje i potwierdzenia zatrudnienia z różnych zmywaków i magazynów z przeszłości, wysłałem na komputerze parę CV i skrzyżowałem na szczęście palce obu rąk, jednocześnie ściskając kciuki. Gdybym chciał zobaczyć, czy pod światłem lampy tworzyło się na ścianie jakieś zwierzątko, rzucony cień przypominałby mnie ulegle nadstawiającego dupsko dla potencjalnego pracodawcy.

Kolejny raz zastanawiałem się, czy nie byłem opóźniony w rozwoju. Zbyt długi czas wydawałem się trwać w spierdoleniu, by nie brać tego pod uwagę. Miałem 25 lat i nigdy nie zapłaciłem składki ZUS-u, a co więcej żyłem w beztroskim przekonaniu, że nie miało to znaczenia. Być może robiłem coś źle, nie przyswoiłem sobie jakiś podstaw, nie wiązałem butów tak jak trzeba, nie podcierałem się należycie, nie szczotkowałem zębów, tak jak zalecają dentyści. Wydawało mi się, że wszyscy wiedzieli coś, co mi umknęło. Zupełnie jak z oddawaniem moczu- byłem przekonany, że każdy przeciętny samiec wiedział o tym sposobie wysikiwania się do końca i odkrycie tego było dla niego częścią jakiegoś bezwarunkowo działającego instynktu. Brałem pod uwagę, że instynkt ten nie działał u mnie prawidłowo. Obwiniałem gry komputerowe i masturbację.

Popołudniami biblioteka była zamknięta, więc pozostawało dużo czasu na palenie fajek na słońcu. Wylegiwałem się na ławkach w całym mieście. Fantazjowałem o znalezieniu pracy i skończeniu z dotychczasowym sobą, namiotem i drogą. Należało jak najszybciej się ustabilizować. Znaleźć sobie jakieś hobby. Zainteresować się geopolityką, fantastyką, tramwajami, historią Szczecina, tanimi lotami. Zaprenumerować czasopisma, 'Dom i ogród', 'Zlewy i armaturę'. Kupić rybki. Jakieś talerze. Znaleźć kobietę. Nie mogłem pozwolić na to, by moim największym życiowym osiągnięciem miłosnym pozostawało wyruchanie córki kolesia, który w latach dziewięćdziesiątych rzucił jajkiem w Leszka Millera. Wylegiwałem się na ławkach w całym mieście i północny wiaterek co chwilę utulał mnie do drzemki. Zbliżał się weekend. Gdziekolwiek nie leżałem, Radu zdawał się pozostawać blisko. Zbierał drobne od turystów na Storgacie grając na swoim małym bębenku, kiwając do mnie za każdym razem porozumiewawczo, i pokazując dłońmi coś na wzór gestu '50/50'. Jego chodząca z papierowym kubkiem po herbacie matka pozostawała śmiertelnie poważna, rzucając mi pełne napięcia spojrzenia, jakbym czekał na jakiś ważny test i lepiej było, żebym jej nie zawiódł. Nie było w niej ani krzty troski i wiary, że tego nie zrobię.

W świetle nadchodzącej nocy statki rybackie powolnie wracały do portu, by nad ranem znów wyruszyć w morze, w akompaniamencie dźwięków upadających na ziemię monet, w pośpiechu wrzucanych do parkometrów na mieście. Nadszedł piątek. Kolejny z tych, po których musiałem przytrzymywać spodnie od ciężaru pieniędzy poupychanych w kieszeniach.

3 lutego 2016

Bezdomność w Tromso //15



Radu miał ubóstwo wypisane na twarzy. Bieda wykręciła jej rysy we wiecznym grymasie i całkowicie kreowała jego charakter w identyczny sposób, w jaki starzy ludzie potrafią zbudować całą swoją tożsamość wokół kombinacji chorób, z którymi się zmagają. Radu był chory na biedę. Emanował nią i zarażał na tyle, że sam się jego biadoleniu poddawałem. Gdy trochę na migi, trochę po angielsku opowiadał mi o tym, że śpi z całą rodziną w samochodzie, ja w użalającym się tonie narzekałem na noce w parku, w namiocie. Obaj patrzyliśmy wtedy po sobie i kiwaliśmy głowami w ten biedacki sposób. Gdy mówił, że chodzą na posiłki do misji pana Jezusa, ja opowiadałem o śmietnikach za supermarketem, i znowu kiwaliśmy głowami, z przesączoną akceptacją życia jako udręki poczciwością.

Nie pamiętałem czasów, kiedy lepiej się wysypiałem niż w parku Prestvannet. Była tam taka gruba warstwa mchu. Codziennie zasypiałem jak dziecko, przy odgłosach setek pierdolących się na jeziorze ptaków, dla których był to ostatni dzwonek okresu rozrodczego. Prawdopodobnie spałem tak dobrze, bo park znajdywał się w najwyższym punkcie wyspy i codzienna wspinaczka konsumowała resztki moich sił. Każdego dnia pokonywałem tą samą drogę, mijając bibliotekę, szkołę, mały sklepik spożywczy, pizzerię po prawej, cmentarz po lewej, instytut meteorologiczny, dom kotów, w którym mieszkały koty, szedłem wąską ścieżką i rozbijałem namiot na odkrytej, otwartej przestrzeni tuż przy jeziorze. Rano lubiłem skręcić pierwszego papierosa siedząc na pobliskiej ławce. Spacerowicze widząc otwarty namiot i poczochranego mnie łączyli te dwa fakty i często dosiadali się na chwilę rozmowy. 

Jedynym problemem były dzieci, które wraz z rozpoczęciem szkoły zaczęły chodzić do Prestvannet na wycieczki. Widząc mój namiot od razu zaczynały biec w jego kierunku, słyszałem to dudnienie już z daleka, i z ciekawością dotykały go, zaglądały do środka od spodu, trzęsły nim, dobierały się do powłoki. Otwierałem ją i przecierając twarz zazwyczaj rozmawiałem z nimi chwilkę. Nawet przedszkolaki potrafiły skleić parę zdań po angielsku. Ośmiolatki mówiły już praktycznie płynnie w tym języku. Dzieciaki chętnie pozowały do zdjęć. Parę z nich słyszało o aparatach analogowych, ale nie do końca rozumiały dlaczego wciąż ktoś chciałby je używać. Dzieciaki były w porządku, jak zawsze.

Jeżeli wyjątkowo nie chciało mi się iść pod górkę do Prestvannet, miałem pewne miejsce w centrum, gdzie mogłem rozbić namiot, i w którym nie był on zbyt wyeksponowany dla przechodniów. Było tam zamknięte wejście do jakiegoś tunelu i pierwszy raz przed rozłożeniem namiotu musiałem pokopać na boki leżące wszędzie strzykawki. We wnęce w murze za deską miałem swoją skrytkę na jedzenie. Wszędzie łaziły duże ślimaki i tylko z tego powodu nie lubiłem tam spać. Zbyt łatwo było przeoczyć któregoś z nich i zwinąć go rankiem razem z namiotem.

Skrytki na jedzenie przydawały się. Miałem zresztą parę takich skrytek w mieście. Zdecydowanie nigdy nie jadłem lepiej, niż w norweskich kontenerach. Czasami znajdywałem zbyt dużo dobrego jedzenia, by nosić je ze sobą w plecaku. Wszystko zazwyczaj było szczelnie popakowane, najwyższej jakości, wciąż świeże. Uwielbiałem drogie, brązowe, norweskie sery. Byłem chudy, dużo paliłem i mało jadłem, ale jeżeli już się stołowałem, miałem menu lepsze niż w Radissonie.

Nie chciałem o tym mówić Radu. Wiedział o kontenerach, ale pójście do nich oznaczałoby dla niego nowy wymiar dna, którego nie chciał dotknąć. Udawanie biedaka było zresztą dla mnie zbyt egzotycznie pociągające, bym chciał odchodzić od tematu i zachwalać walory smakowe brązowych serów norweskich. Kiwaliśmy więc głowami jak biedaki, powtarzając tylko 'no job' i grymasząc do siebie bezsilnie.


*




1 lutego 2016

Autostopowicze i problemy z moczem //14

                                                                                                                                          Tromso 1900 fot. internety










Polubiłem Fredericco. Jeśli spotykałem autostopowiczów, rzadko kiedy zdarzało mi się poznać kogoś, z kim okazałoby się, że miałem cokolwiek wspólnego. Zawsze szukali oni braterstwa, poczucia wspólnoty, głaskania się po główkach, zakładali istnienie wspólnego mianownika, a ja im po prostu nie mogłem tego dać. To by było za łatwe. Pozwolić by przynależność do jakiejś grupy mówiła coś o mnie, niż gdybym chciał powiedzieć coś sobie, o samym sobie. Trudno jest jednak powiedzieć o sobie cokolwiek, by było to szczere i trafne. Łatwo jest powiedzieć coś pochopnie i uwierzyć w to, bo brzmi to nieźle w twojej głowie, i nawet jeśli nie jest to do końca precyzyjne, trzymać się tego przez lata. Łatwo jest skończyć nie wiedząc o sobie nic. Łatwo jest powiedzieć sobie coś o sobie i naprawdę szczerze wierzyć, że jest to trafne, i pomylić się. Na tej samej zasadzie trudno jest powiedzieć coś o kimś, bo nigdy nie wiadomo czy ten dzień wcześniej nie naoglądał się serialu i zainspirowany nim nie udaje jednego z bohaterów. Ludzie sami nie wiedzą gdy kłamią, nie można im tak naprawdę w cokolwiek wierzyć. To jest walka, ale jest to jedyna tak naprawdę walka warta zachodu. Jeśli wygrywamy, jesteśmy w dobrym kontakcie ze sobą. Jeśli nie, frustracja wchodzi w grę. Cynizm wchodzi w grę, zgorzkniałość, gburowatość. Złość na polityków, zainteresowanie polityką, obwinianie kogokolwiek, za cokolwiek. Łatwiej jest radzić sobie będąc wzmocnionym poczuciem uczestnictwa, przynależności do czegoś silnie zdefiniowanego, pozwalając by z samego założenia silnie definiowało to nas. Jak narodowość. Jak religia. Jak to, że czasami stoi się na ulicy z wyciągniętym kciukiem i nie ma się żadnych pieniędzy w portkach.

Fredericco jak tylko skończył jeść rzucił przed siebie kapelusz, ściągnął buty, skarpetki, i stojąc boso na jednej nodze, opierając drugą stopę o jej kolano, zaczął grać na flecie. Działało. Nieliczni ludzie obecni na ulicy zatrzymywali się, pieniądze się sypały, smartfony nagrywały. Spojrzałem na swoją gitarę. Zapomniałem już wtedy jak to jest być człowiekiem, który dysponuje jakimikolwiek zasobami monetarnymi. Nie byłem także niestety człowiekiem idei. Ostatni raz zainteresowałem się czymś, gdy odkryłem, że jeżeli skończę robić siku i delikatnie przycisnę palcem obszar za moimi jajami- wyleci resztka moczu, która do tej pory lądowała w majtkach, nie zważając na to ile się strząsało. Parę kropli, ale zawsze. Starzałem się- sikanie nie było już takie łatwe jak kiedyś. Mój fiut zaczynał potrzebować instrukcji obsługi.

Nie miałem więc ani pieniędzy, ani bogatego życia wewnętrznego. Bez tego drugiego potrafiłem żyć. Bez tego pierwszego nie mogłem wydrukować CV, więc nie mogłem także znaleźć pracy. Bezdomność była dla mnie dobra, a Tromso było podstawówką bezdomności. Nie chciałem jednak na długo pozostać pod jej opieką. Jako podróżnik byłem zdecydowanie wypalony, ale wspomnienia o podróżach wciąż były ważne. Z lenistwa nie chciałem podważać spokoju, jaki mi dawały. Prawda jest taka, że z podobnym uśmiechem wspominałem zarówno te czasy, gdy bez pieniędzy dojechałem do Iranu, tak jak te lata późnego dzieciństwa, które w całości spędziłem wpierdalając czipsy przed komputerem.

Życie było dobre, należało kontynuować. Teraz interesowała mnie dorosłość. Po drodze miały czekać czarne dziury, a przynajmniej tak inni dorośli ostrzegali- założenie norweskiego konta bankowego, zdobycie identyfikującego numeru personalnego, rejestracja na policji, norweski numer telefonu, potwierdzenie zameldowania przez właściciela mieszkania, właściciel mieszkania chcący dowodu zarobków, bank chcący dowodu zameldowania, pracodawca chcący konta bankowego. Wszystkie te przeszkody żywo wymieniał mi poznany Polak, spotkany niedługo po tym jak Włosi policzyli drobne, pozbierali swoje graty, zwinęli się i opuścili wyspę, a ja sam usiadłem w miejscu, gdzie Fredericco grał na flecie, i odwrócony do ulicy grałem cicho na gitarze- bez wystawionego futerału, by oswoić się, przywyknąć. Był to mój pierwszy kontakt z norweską polonią, a on był jednym z tych kolesi, którzy dużo narzekali na dominującą ilość imigrantów z krajów arabskich, i dla których kobieta jest tylko układem biologicznym podtrzymującym przy życiu cipę. Spotykałem już ich. Szybko zorientował się, że nie byłem kimś, kto poszerzałby mu jego strefę komfortu i przytakiwał, gdy narzekał na ciapatych i samo to sprawiło, że poczuł się zaatakowany. Wyburknął na koniec tylko, że przez takich śpiących po namiotach Polaczków jak ja nikt nas w Norwegii nie szanuje i poszedł sobie. Nie zaskoczył mnie niczym. Norweska biurokracja za to sprawiała wrażenie niezłego skurwysyna.

Była jeszcze praca na czarno i tutaj także wszyscy wydawali się być lepiej przygotowani ode mnie. Studenci przyjeżdżali do Norwegii mając w plecaku tysiące pokserowanych, zabawnych ulotek, reklamujących ich rzetelne usługi w ogrodnictwie i malowaniu płotów. Rozkładali się z namiotami obok mnie w Prestvannet, roznosili swoje ulotki po domach i znikali następnego dnia. Działało.

Pani stara Norweżka przez przypadek wrzuciła mi parę monet do stojącego obok mnie na ławce papierowego kubka z moją herbatą. Strasznie się przejęła jak usłyszała chlupnięcie i przepraszając wcisnęła mi w łapę banknot na nową herbatę. Musiałem być ucztą dla kogoś, kto lubił widzieć w człowieku jego poprzedni dzień. Pierwszy raz miałem więc pieniądze od prawie miesiąca. Wydałem je na krótkie bibułki i filterki- teraz mogłem zbierać kiepy i zamiast dopalać je, kruszyć do bletki i zwijać. Potrzebowałem jeszcze tylko tytoniu, czyli najdroższego surowca w Norwegii, ale już po paru minutach siedzenia z gitarą na ulicy wiedziałem, że granie w piątkowy wieczór dla rozmemłanego, pijanego tłumu mogło mnie przerastać.

Przez cały czas jak siedziałem tam z gitarą, kątem oka widziałem jak obserwował mnie żebrzący, młody Rumun, chodzący deptakiem, grający na małym bębenku. Wydawał się być wkurwiony. Rozejrzałem się i spostrzegłem resztę jego rodziny, też spoglądających surowo w moim kierunku- matka żebrała przy bankomacie, siostra chodziła z papierowym kubkiem w dalszej części deptaka, brat siedział pod Rogersem z psem. Wszyscy wydawali się być w stałej komunikacji między sobą, spłoszeni moją osobą, ale zdezorientowani brakiem leżącego przede mną kubka, kapelusza, albo futerału. Rumun podszedł i usiadł obok mnie nic nie mówiąc. Sapał chwilę i tarł oczy. Po chwili kiepskim angielskim wydusił tylko z siebie jedno zdanie, które momentalnie przywołało w mojej pamięci wszystkie islandzkie demony. Powiedział: ' You and me. We play. Money fifty- fifty. Friday midnight. I am Radu'. Kiwnąłem głową. Potrzebowałem go, ale nie chciałem mu tego pokazać. Potrzebowałem kogoś, kto zaciągnie mnie siłą na ulicę i rozkaże grać. Rumun wstał i kiwnął głową do matki, dając jej jakiś znak, a ona spojrzała na mnie, by po chwili kiwnąć porozumiewawczo w moją stronę.

Stałem się jednym z Rumunów.




Przechodzień