-

29 stycznia 2016

Fredericco i bezradność //13







Paliliśmy papierosy w łóżku cały ranek. Chociaż zakleiliśmy taśmą czujniki dymu w pokoju, a pod drzwi podłożyliśmy ręczniki i otworzyliśmy szeroko okno, obsługa i tak wywęszyła co się święci. Wkrótce zaczeli nam dawać o tym znać i pukanie do drzwi ucichło dopiero, gdy rzuciłem w nie butem.
Zgasiliśmy pety.

Alice nie czuła się najlepiej. Ranki wraz z wczesnymi popołudniami były dla niej wyznaczonym przez siebie, obowiązkowym okienkem trzeźwości. Nie oddawała tanio skóry. Nie byłem pewien czy zdawała sobie sprawę z tego, że Tromso mogło być zaskakująco dobrym miastem na próbę pobicia rekordu w szybkości zakupu heroiny na ulicy w biały dzień, ale widziałem, że wystarczająco dużo walki wkładała już w to, by nie zacząć pić przed południem. To był zresztą jej ostatni dzień w Norwegii i wieczorem odlatywała do Berlina. Osiągnęła swój cel. Na hotel, jedzenie i fajki w najdroższym kraju Europy wydała wszystkie swoje oszczędności, od których w stolicy Niemiec pewnie dostałaby gangreny na którejś z rąk.

Nie mogłem nic dla niej zrobić, nie miałem dla niej żadnych rad, rzadko miałem je dla kogokolwiek. Wracałem z plecakiem i gitarą na ulicę. Wiedziałem, że bezdomność dobrze się mną zaopiekuje. Zaledwie parę pierwszych godzin w Tromso zajęło mi zresztą znalezienie miejsc z darmowym wrzątkiem, darmową mikrofalówką, darmowym jedzeniem, pralką, internetem, kiblem. Wątpię by o to właśnie chodziło, ale dla mnie wyostrzało to zmysły, by nie wracać codziennie pośpiesznie do mieszkania, zamiast tego mieć swoje ulubione ławki i porozwalane torebki z herbatą w kieszeniach, uczynić miejsce, w którym się śpi tak niewygodnym, by powrót do niego nie wiązał się z jakąkolwiek ulgą. Gdy wychodziłem z jej pokoju, leżała bezradna, z głową w poduszce, patrząc na zdjęcie swojej byłej dziewczyny w telefonie. Pod tym względem rozumiałem ją. Mężczyźni i ich niezdarne paluchy. Z łatwością wyobrażałem sobie, że możemy być żadną tak naprawdę konkurencją.

Była połowa sierpnia i na ulicy widywałem dużo autostopowiczów. Większość z nich jechała na Nordkapp, stała tam chwilę na skraju klifu, czuła coś, lub nie czuła, i wracała. Wszyscy praktycznie zatrzymywali się z ciekawości w Tromso. Jednym z nich był Fredericco z przyjacielem, para Włochów. Spotkałem ich, gdy właśnie skończyli okradać sklep spożywczy. Fredericco był mistykiem, uduchowionym kolesiem z gęstą brodą i intensywnym, silnym spojrzeniem. Był oszczędny w słowach, ale jeśli ktoś potrzebował rady, mógł prawdopdobnie godzinami mówić o czakrach i tantrze. Był także jedynym spotkanym przeze mnie podróżnikiem, który w pojedynkę przejechał autostopem Afganistan. Twierdził, że kluczem do sukcesu była jego ciemna, nawet jak na Włocha karnacja i to, że tuż przed przekroczeniem granicy i wjazdem do Afganistanu wyturlał się w kurzu. Przejechał przez cały kraj przez większość czasu udając głuchoniemego i dotarł do samego Kabulu. Nikt się nie zorientował i wszyscy byli przekonani, że był niepełnosprawnym, wychowanym wśród kóz idiotą z prowincji. Przyznał, że momenty, w których udawał głouchoniemego i naśladywał jego głosy były moralnie niewybaczalne.

Opowiadał o tym, wyciągając jednocześnie z plecaka swojego przyjaciela słodycze, które przed chwilą zwędzili. Czytał po kolei ich skład i głaszcząc się w zadumie po brodzie kręcił nosem zniesmaczony. Końcem końców rozłożył ręce w bezradności i napchał sobie usta ciasteczkami.











26 stycznia 2016

Alice i kapitulacja //12



Następnego dnia Przemek przemaszerował przez most, opuścił wyspę, i złapał stopa do Narviku, a ja nie mając nic do roboty poszedłem do Rogers'a, który jak się okazało był jaskinią starych, opuchniętych od alkoholu Norwegów na zasiłkach. Na projektorze leciał akurat mecz Manchesteru United i cały bar zapełniony był kibicami tej drużyny. Norwedzy dzielili się na sympatyków Manchesteru i Liverpoolu. Nie wiadomo o co w tym chodziło, ale jakiś psychologiczny defekt, czy zabłąkane poczucie tożsamości sprawiały, że cały naród podzielił się w ten sposób i przyodział koszulki tych dwóch właśnie angielskich klubów piłkarskich. Ludzie tatuowali sobie ich herby na szyjach.

Minąłem główną salę i udałem się na kryty balkon, jedyne miejsce, gdzie można było palić. Wygodne kanapy i zamontowane nad nimi bardzo silne grzejniki teoretycznie powinny były stwarzać prawdziwe terrarium dla żądnych wygody i ciepełka przyjezdnych, jednak rzadko kiedy miało się okazję spotkać turystów na balkonie Rogers'a- dość skutecznie byli oni odstraszani przez chaotyczność i nieprzewidywalność palących śmierdzący tytoń, stałych bywalców baru, w większości paskudnie wyglądających, przedwcześnie postarzałych, zniszczonych przez cały wachlarz nałogów Norwegów na garnuszku państwa. Ich widok nie odstraszył jednak Alice, młodej turystki ze Szwajcarii, którą jak wszedłem na balkon barmanka właśnie opieprzała za dolewanie sobie swojego alkoholu do kufla piwa. Mieszkająca na co dzień w Berlinie, ubrana w czerń, prawdziwa dziewczyna z Köpi nie mogła się mniej przejąć- patrząc ze spokojem na barmankę wyjęła małą, plastikową butelkę wódki ze swojego plecaka, dopiła ją do końca duszkiem i uniosła ręce do góry w pogardliwym geście kapitulacji. Barmanka odeszła sfrustrowana, a Alice zawiesiła gdzieś wzrok, przyzwyczajona już do wszystkich spojrzeń skierowanych w swoją stronę. Usiadłem obok niej.

Urodzona we włoskojęzycznej części Szwajcarii Alice była w dołku. To zdecydowanie nie był najlepszy okres w jej życiu. Parę tygodni wcześniej rozstała się ze swoją dziewczyną i do tej pory drżała z bólu na wspomnienie o niej. Złamanemu sercu nie pomagała także walka z uzależnieniem od opiatów, które starała się załagodzić kończącym się jej już metadonem. Kończący się już metadon także nie pomagał. Wcześniej, klepiąc standardową berlińsko- punkową biedę postanowiła wypłacić z konta wszystkie oszczędności odkładane z barmańskich napiwków na wspólną podróż ze swoją kobietą i wyjechała w tą podróż sama. Dotarłszy na sześćdziesiąty dziewiąty równoleżnik szczerze wierzyła, że znalazła się w miejscu, w którym ludzie żyją w zgodzie z naturą, wolni od nałogów. Pierwsze spojrzenie na twarze Norwegów w Rogersie podpowiedziało jej, że pomyliła się.

Alice silnie trwała jednak w detoksie. Kupiła nowe piwo, a mi oddała swoje stare, mocno zmieszane z wódą. W pewnym momencie starała się siebie wytłumaczyć, że aktualnie nie jest najweselszą osobą, i że miała trochę, jak to się mówi, pojebane we łbie ze smutku, ale powstrzymałem ją. Nie miałem nic przeciwko.

Gdy wychodziliśmy projektor był już zwinięty, kibice rozeszli się, ale starzy bywalcy zostali. Już wcześniej na scenę wyszedł opłacony koleś z gitarą i po kolei, bezlitośnie rżnął 'Sweet Home Alabama', 'Hotel California', 'Wish You Were Here', i 'Smoke On The Water'. Norwedzy tańczyli i śpiewali. Odkrycie złóż ropy w latach siedemdziesiątych sprawiło, że żadne z nich nie musiało iść rano do pracy.

Razem z Alice wróciliśmy do jej małego, taniego hotelu, rozebraliśmy się i położyliśmy. Po paru tygodniach w namiocie, dobrze było położyć się w łóżku. Męskie ciało nie było oczywiście jakimkolwiek obiektem zainteresowania dla Szwajcarki, ale dla mnie zaśnięcie obok nagiej kobiety stanowiło problem, który Alice prawdopodobnie bardzo dobrze rozumiała. Po paru godzinach męczarni, zawrotów w głowie, przewracania się z boku na bok, zapłakałem w poduszkę. Alice poddała się. Spojrzała na mnie z politowaniem i powiedziała, że jak chcę, mogę sobie zwalić patrząc na nią, i tak też zrobiłem.

Spuściłem się i byłem w siódmym niebie.

24 stycznia 2016

Przemek i entuzjazm //11




Na głównej ulicy spotkałem Przemka, pełnego energii, młodego chłopaka z Polski w blond lokach, pstrokatej kurtce i getrach z lajkry, mającego fimla na punkcie Norwegii. Cały rok wstecz spędził kompulsywnie ucząc się norweskiego, który w konsekwencji opanował w stopniu na tyle komunikatywnym, by teraz móc jeździć po wsiach i miastach chwytając się każdej okazji do rozmowy z mało wylewnymi Norwegami. Właśnie zaliczył parę tygodni wolontariatu poganiając owce na jakiejś farmie organicznej i powoli zbierał się na podróż stopem do kraju by zabrać parę szpargałów, wrócić, i we wrześniu rozpocząć studia w Haugesund, na których jak się później okazało miał spędzić pierwszy rok praktycznie nie wyciągając rąk z majtek pięknych Norweżek.

Zostawiliśmy plecaki w Rogersie, jedynym pubie, który nam na to pozwolił, i poszliśmy się powłóczyć po mieście. Dość szybko obeszliśmy wszystkie większe i mniejsze uliczki, port, obrzeża. Nie było tego dużo. Tromso to mała wyspa. Ludzie siedzieli gdzieś pochowani, centrum było wyludnione i tylko nieliczni turyści okupowali ławki przy grzejnikach w kawiarenkach, nie wiedząc chyba, co o tym wszystkim myśleć. Dopiero później zrozumiałem, że z turystycznego punktu widzenia nie było ani jednego powodu, by o tej porze roku przyjechać do Tromso. Broszurki robiły co mogły chwytając się czegokolwiek, kusząc niezachodzącym w lecie słońcem, reklamując miasto jako to, w którym wielcy polarnicy rekrutowali swoje załogi, nazywając je 'Paryżem Północy', sugerując tym samym, że jest ono w stałym kontakcie ze światowymi trendami, zwłaszcza tymi ze świata mody. Nikt nie jest w stanie podać jednak wiarygodnej etymologii tej nazwy, ale wiadomo, że została ona nadana na początku XIX wieku, czyli wtedy, gdy Tromso wciąż zamieszkiwało nie więcej niż osiemdziesięciu wieśniaków.

Wkrótce nudząc się zaczęliśmy niezamierzenie krążyć tymi samymi uliczkami. Wstąpiliśmy do Polarii, reklamowanej jako 'najbardziej wysunięte na północ akwarium świata', przeszliśmy przez bramki nie płacąc za wejście, chwile oglądaliśmy karmienie fok i postanowiliśmy pójść po jedzenie na śmietniki.

Przemek był energicznym kolesiem. Różniliśmy się strasznie. On posiadał pewną nieokiełznywalną ciekawość świata, podczas gdy ja miałem nigdy niezdiagnozowany, teraz już zasuszony ze starości autyzm. Jego entuzjazm był jednak niespodziewanie przyjemny. Nie skupiał na mnie swojej uwagi, nie zachęcał, nie poganiał, nie motywował do zmian. Był sobie i pozwalał mi spędzać czas szukając kiepów na ziemi. Miał swoje cele, plany, i to na nich koncentrował całą swoją energię. Kierował jedynie z ciekawością spojrzenie na tylko niektóre elementy mojej codzienności i notował to, co mógł chcieć ewentualnie zaadaptować dla siebie. Jedną z tych rzeczy było grzebanie w kontenerach za supermarketem. Podczas gdy on po cichu rozpatrywał je pod kątem idei, freeganizmu, ja postrzegałem je jako sposób na darmowe żarcie, nic więcej. Różniliśmy się jak cholera, i starałem się zbyt wiele na nic nie narzekać przy nim, bo całkiem przyjemnie było słuchać jak opowiadał o wszystkich językach, jakich chciał się nauczyć, miejscach, które chciał odwiedzić. Szwendaliśmy się razem, a Przemkowi nie przeszkadzało najwyraźniej, że śmierdziałem jak zwęglony kiep.

On sam nie miał żadnych nałogów. Był wysportowany, biegał, i zdecydowanie nie musiał wstawać w środku nocy by się wysrać. Gdy postawiliśmy swoje namioty w okolicach jeziora Prestvannet, leżącego w środkowej, najwyżej położonej części wyspy, a ja po zapięciu się w śpiworze tak naprawdę zemdlałem ze zmęczenia, on nie mogąc spać poszedł biegać o czwartej nad ranem. Ze zdziwieniem stwierdził wtedy, że miasto tętniło życiem, a główna ulica zapełniona była bawiącymi się, młodymi ludźmi. Okazało się, że jak te staruchy poszliśmy spać o północy, podczas gdy zupełnie jak na Islandii, tak i w Norwegii młodzi ludzie do późna tną koszty alkoholu pijąc w domach, by dopiero wyjść na miasto mając pewność, że nie spotkają w barze turystów w polarach. Ta pora była też prawdopodobnie odpowiednia, jeśli chciałem zarobić coś grając na gitarze na ulicy. Skrzywiłem się. Mój zasuszony autyzm wilgotniał i pulsował na samą myśl.

21 stycznia 2016

All inclusive //10

Przy pytaniach o to, dlaczego podróżuję, zmieniałem temat. Łatwo jest nieprecyzyjnie, od niechcenia odpowiedzieć na takie coś i nawet w to przez przypadek uwierzyć. Łatwo jest postanowić okrążyć autostopem ziemię przez to, że się w to uwierzyło. Wolałem wtopić się w tło imigrantów. Szukających pracy imigrantów nikt nie pyta o wiele, a oni sami przesiąknięci są kompleksami i nikt nie dziwi się, jeśli się nie wychylają. Podobało mi się moje nowe tło. 

Widziałem w myślach dziwiącego mi się młodego, opalonego chłopaka, który właśnie dopłynął jachtostopem na Wyspy Karaibskie, spotkał w lesie żyjących tam new-agowców, i czekała go cała noc inspirujących rozmów o wszechświecie, podczas których miał momentami spoglądać na gwiazdy, planując spędzenie reszty życia w ten sposób, łudząc się, że choroby nigdy nie nadejdą, że zęby nigdy nie zaczną boleć. Pragnął już tylko chodzić po ziemi. Wchłaniać, poznawać, absorbować. Nie mówić zbyt dużo, częściej kiwać głową. Pytać. Patrząc na mnie, marzącego o spędzeniu reszty życia na etacie, musiałby pomyśleć, że być może kiedyś miałem to, ale zmiękłem. Sprzedałem się. Stałem się zbyt wygodny. Być może dodałby też coś o dogmatach cywilizacji. Życzyłbym mu dobrze. Codziennie przez lata miał spać w nowym miejscu. Nowe jest wyzywające, nowe jest inwazyjne. Podróżowanie to przyjemna wersja poznawania tego, co nowe. Przyjemne byłoby każde życie, jeśli jest ono zatłoczone ludźmi przesiąkniętymi podziwem do tego jak żyjemy, a my możemy chować się za skromnością, samemu w ten podziw uwierzyć, albo nie wierzyć, ale nie wyprowadzać nikogo z błędu. Wyprowadzanie z błędu po czasie konsumuje zbyt dużo energii. Łatwo jest poznawać nowych ludzi, gdy twoja wspaniałość jest pierwszym tematem rozmów. Łatwo jest w tą wspaniałość uwierzyć.

Istniały pewnie jakieś równoważące to wszystko powody by jechać dalej, nie przestawać. Ruch jest hipnotyzujący w pewien sposób, zajmujący, jak ciągłe palenie peta, jak skakanie wzrokiem po przerywanej linii rozdzielające pasy autostrady. W zależności od upodobań, można bez poczucia winy nie myśleć o niczym konkretnym, albo snuć w myślach analizy obyczajów obcych kultur. Można nie zatrzymywać się latami nie mając żadnych pieniędzy, albo pracować na etacie i zmyślnie obkładać długie łikendy  przysługującymi ustawowo dniami wolnymi. Każdy szukał swojej niszy i tatuował ją sobie na czole. Koniunktura kręciła już pewnie kolejne kółko. Ruch posiadał swoje walory. Jeśli ktoś jednak miał dwa tygodnie wolnego w roku, nie oferował mu zbyt dużo, nie pozostawiał miejsca na zatracenie się w nim. Wiedziały o tym Janusze i Grażyny, all inclusive. Wiedziała o tym większość. Ruch wciąż dla większości pozostawał niedostępny.

Ruch znów zahipnotyzował mnie na tyle, że zatrzymałem się dopiero w Tromso, leżącym na samej północy, ostatnim większym miastem Norwegii. Pożegnałem się na zawsze z podróżowaniem i zatrzasnąłem drzwi samochodu, który podwiózł mnie do centrum miasta.


12 stycznia 2016

o dziesiątej wieczorem wciąż było jasno //9

Autostrada E6 trochę mną zarzucała. Wypluwała w małych miejscowościach, trzymała w oczekiwaniu, brała na chwilę na swój grzbiet i znów strącała. Nie pomagało sytuacji to, że byłem leniwym skurwysynem, spałem w namiocie do późna, szukałem kogoś z petami i ociągając się szedłem na pobocze. E6 nie jest łaskawa dla takich jak ja.

W stronę Trondheim podwoziła mnie czarna jak noc rodzina z Ghany. Wszyscy byli wyraźnie otyli i ubrani w kolorowe stroje ludowe z Afryki. Przez ładnych parę godzin jazdy żadne z nich ani razu się do mnie nie uśmiechnęło ani nie rozmawiało ze mną. Za jakiś dziwny, święty obowiązek wzięli oni sobie jednak podwiezienie mnie, a przynajmniej ułatwienie mi w jakimś stopniu zdobycia tego, do czego zmierzałem, i czego tam sobie musiałem pragnąć. Nie interesowało ich, co to mogło być. Siedzący z przodu dorośli co jakiś czas tylko odwracali się i spoglądali na mnie bardzo groźnie.

Była w nich przy tym jakaś podniecająca plemienność i powaga. Gdy kobieta mówiła mi, że niedługo będę musiał wysiąść, zrobiła to z takim patosem jakby chciała odprawić rytuał wywołania burzy. Odwróciła się do mnie, wytrzeszczając oczy obserwowała, i w końcu silnie akcentując każde słowo powiedziała 'My, my musimy się niedługo zatrzymać. Ty wysiądziesz, ale ty nie zatrzymasz się. Ty zrobisz wszystko by kontynuować swoją podróż'. 

Nogi mi zmiękły z wrażenia. Przez chwilę nawet uwierzyłem, że miało to jakiekolwiek znaczenie dla świata, czy jechałbym dalej, czy położyłbym się w przydrożnym lesie z palcem w dupie. W ich głowach byłem jednak jakimś homo viatorem, i jakąkolwiek misję niosłem na swoich barkach, była ona szlachetna i ważna. 

- I ty do nich wsiadłeś do samochodu...?! Nigdy bym tego nie zrobił. Jeszcze eboli bym dostał od pierdolonego czarnucha- wzdrygnął się młody, polski kierowca tira. Rozmawialiśmy na parkingu stacji benzynowej. Ciężarówki z naszego kraju rzadko kiedy zapuszczają się tak daleko na północ, skutecznie odstraszane przez skandynawskie ceny ropy, ale polscy kierowcy wciąż są chętnie zatrudniani przez norweskie firmy. - Norweg gówno wie, ale dobrze płaci- podsumował Polak. Zaprosił mnie na peta do środka i wchodząc, zauważyłem jak pośpiesznie wyrzucał na tylne siedzenie plastikowe butelki z sikami. Zaskoczyło mnie to, że wyglądał na młodszego ode mnie, i faktycznie był. Wiedziałem, że kierowcy ciężarówek kiedyś w końcu zaczną być młodsi ode mnie. Chłopak opowiedział historię o rodzicach z PGR-ów, licznym rodzeństwie kiszącym się w małych klitkach, rzadko kiedy ukończonym wykształceniu średnim, wiecznych chorobach, wadach genetycznych, wyzywaniu od nieudaczników, życiu pod dyktando nieustannego strachu przed tym, co sąsiedzi powiedzą, obiedzie raz na trzy dni, makaronie z keczupem, ojcu, nie wiedzącym co to antyperspirant, matce, wiecznie masującej cipsko przez dresy.

Uwielbiał swoją pracę, uwielbiał drogę i życie w kabinie. Kiwałem na wszystko głową. Spaliłem peta i wyszedłem. 

Za stacją znalazłem świeże owoce, pieczywo i słodycze. Nie były nawet włożone do kubła, tylko leżały obok w siatce. Zabrałem je, rozbiłem namiot nieopodal, rozebrałem się, położyłem i odsapnąłem. Homo viator. Leżałem tak nagi nagrzewając śpiwór, gdy zachciało mi się siku. Wziąłem pustą butelkę i odlałem się do niej. Kiedyś jak byłem nastolatkiem nalałem z lenistwa do butelki w swoim pokoju. Moja matka znalazła ją potem za moim łóżkiem, zassaną do środka, zamuloną, razem z leżącą obok, sztywną jak aluminium spermo- skarpetką.

To nie był najlepszy dzień w jej życiu.



*