-

24 marca 2015

7 przykładów na to, że Islandia ssie, a przynajmniej nie jest tym, czym lubisz myśleć, że jest



Islandia jest piękna, to nie ulega wątpliwości. Wszyscy też lubimy opowieści i anegdotki o społeczeństwie pełnym kreatywnych i ekscentrycznych dziwaków żyjących niebezpiecznie blisko krawędzi mapy, zwłaszcza jeśli zamieszkiwana przez nich kraina to arena walki żywiołów, której historia gęsta jest w elfy, trolle, i inne sentymenty. Podczas gdy krajowi specjaliści od wizerunku w Polsce chcąc przyciągnąć do nas zagranicznych turystów muszą najpierw okłamać siebie co do eksportowej atrakcyjności naszej słowiańskości, a potem okłamać innych, Islandia nie ma w ogóle takich problemów. Islandia jest idealna, a jej mieszkańcy szurnięci, w tym dobrym znaczeniu. Wszyscy są artystami. Nikt nie pracuje. Przestępczość nie istnieje, a ludzie zostawiają swoje domy i samochody otwarte. Wszyscy są do tego zgodni, Islandia jest smakiem tygodnia, miesiąca, roku. W rzeczywistości jest trochę inaczej i muszę z góry uprzedzić, że cały ten artykuł jest nieuzasadnionym atakiem na coś, co stało się powszechnie kochane, i co atakuję tylko dlatego, bo samemu kiedyś przyszło mi to kochać. Jeśli zatem wszyscy zgadzamy się co do niskiego poziomu mojego człowieczeństwa, przechodzę teraz do narzekania na kraj, w którym nigdy nie mieszkałem.



  1. Na Islandii nie ma drzew
Errrm... nie. Na Islandii są drzewa i są już całkiem duże. Tak więc jeśli z jakiś powodów Islandczyk będzie chciał z tobą rozmawiać i właśnie z dziwnie sztucznym uśmiechem mówi ci żart, że "jeśli zgubisz się w lesie na Islandii, wstań z ziemi", sugerując niską wysokość islandzkiego zalesienia, mówi ci to tylko dlatego, bo został nauczony by być miłym dla turystów i dać im na odczepne tego typu anegdotkę, tudzież ochłap (jak kto woli), by mieli co powtórzyć rodzinie w domu i czym rozpocząć relację na blogu.


  1. Islandczycy wierzą w elfy.
Powiedzmy sobie szczerze- tylko idioci wierzą w elfy. Mam na myśli to, że trzeba być idiotą, by w nie wierzyć. Jest to niekwestionowany wymóg, a Islandczycy to przecież całkiem skutecznie wyedukowani ludzie. Świat o tym pamięta, jednak wciąż istnieje międzynarodowe przekonanie, że wiara w elfy na Islandii jest powszechna i nawet żartowanie na ten temat sprawia, że mieszkańcy zatykają sobie uszy jak małe dzieci, zagłuszają cię i obrażeni biegną do domu, by zamknąć się w szafie. Trzeba to jednak przyznać- są trochę sobie winni. Grali tą elfią kartą już całkiem długo, karmiąc nią zagranicznych dziennikarzy w barach. Islandczycy lubią swój wizerunek lekko świrniętych, kreatywnych dziwaków, ale gdy pewna ciekawostka o nich w krótkim czasie robi już kolejne z kolei okrążenie w światowych mediach, a oni zaczynają być pobłażliwie wyśmiewani, porzucają swoją cool&hip fasadę, patrząc się z grobowym wyrazem twarzy, oczekując sprostowania i przeprosin. Aktualny stan rzeczy jest taki, że Islandczycy z wszystkiego się wycofują i robią to z klasycznym dla siebie poczuciem wyższości- twierdząc, że tylko żartowali i trzeba było być idiotą, żeby naprawdę uwierzyć w to, że ktoś wierzy w elfy.


  1. Nikt na Islandii nie zamyka swoich domów i samochodów.
Spektakularny mit, który być może okazałby się prawdziwy parę wieków temu, kiedy masło było narodową walutą, a nie teraz, gdy spora część Islandczyków posiada lśniące samochody terenowe i duże plazmy w salonach.


  1. Islandczycy żyją w zgodzie z naturą.
Jest to bardzo delikatny temat i do dzisiaj nie do końca jasna jest charakterystyka relacji Islandczyków z otaczającą ich przyrodą. Ochrona środowiska jest źródłem największych sporów, debat, i protestów. Ludzie zdają się trzymać palec na pulsie, ale wybrani przez nich na swoich reprezentantów politycy wiercą się w stołkach i tylko perspektywa publicznego linczu powstrzymuje świerzbiące ich ręce od podpisywania zgód na budowę kolejnych fabryk aluminium i odsprzedawania pokaźnych części terytorium państwa Chińczykom na budowę parków rozrywki. Na dzień dzisiejszy fabryki stoją, co jakiś czas pojawiają się głosy, że ma ich być więcej, wielorybów absolutnie nikt już nie je, ale i tak są ubijane, no i tak, każdy kolejny niedźwiedź który na kawałku kry dopływa do wybrzeży Islandii zostaje zabity, a jego śmierć ma być jasną i przejrzystą wiadomością dla innych niedźwiedzi, by trzymały się z daleka.


  1. Na Islandii jest bezpiecznie.
Pierwotny skład Sigur Ros
Prawdopodobnie jest bezpieczniej niż gdziekolwiek indziej, ale nie ma powodów do robienia maślanych oczu. Warunki życia na Islandii sprawiają, że jest ona jak terrarium dla psychicznych odlepów, dla których zimowa ciemność znakomicie imituje naturalny ekosystem popieprzonych odmętów ich mózgów. Wystarczy nieświadomie pójść w polarze do jednego z modnych klubów, by poczuć zażenowane spojrzenia wytatuowanych facetów w kitkach i pierwsze oznaki społecznego wykluczenia, po czym już niewiele czasu potrzeba by wrócić do niego z zamiarem ukradzenia komuś szalika. Oprócz tego możemy spotkać ludzi grożącym nam brudnymi strzykawkami, chcących nas zgwałcić (ponad 250 przypadków użycia seksualnej przemocy rocznie), lub zabić (26 morderstw od 2000 roku).


  1. Ludzie na Islandii są tolerancyjnymi ambasadorami równości 
… i mają świński łeb rzucony w miejscu, w którym miał zostać wybudowany meczet, przemoc wobec kobiet, i ich niższe wynagrodzenia na potwierdzenie tego.  


  1. Politycy na Islandii są twoimi przyjaciółmi.
Mogłoby się tak wydawać, z systematycznie docierającymi do nas wiadomościami o przyjaznych, lecz walecznych lesbijkach obejmujących wysokie stanowiska i funkcje w islandzkim rządzie, ale nie zmienia to jednak faktu, że politycy na Islandii są aktualnie jednymi z najgorszych w historii i regularnie przed parlamentem zbierają się tysiące ludzi niezadowolonych z ich postawy. Ludzie u władzy nawet nie próbują udawać, że zrobili wszystkich w balona i społeczeństwo może jedynie bezradnie czytać w wiadomościach o tym, jak bieżący premier przed spotkaniem z Barackiem Obamą był tak bardzo podniecony, że zbyt mocno obgryzł sobie paznokieć w dużym palcu u nogi i na spotkanie musiał pójść w dwóch różnych butach. Rozczarowanie i niechęć osiągnęły apogeum, gdy w 2010 roku mieszkańcy Reykjaviku byli tak zmęczeni wszystkimi chciwymi mordami ukrywającymi się za nazwiskami na listach wyborczych, że na swojego majora wybrali komika telewizyjnego, który parę miesięcy wcześniej założył partię “Najlepsza Partia”, zachęcając ludzi do głosowania na nią, ponieważ “jest najlepsza, a gdyby tak nie było, to by się tak nie nazywała”.


Nie ma to wszystko tak naprawdę większego znaczenia. Ludzie mają skłonność do gloryfikowania obcych sobie miejsc pod melodię, że “gdzieś tam życie jest pewnie lepsze”, i do cholery, jak można nie oprzeć się pokusie gloryfikowania Islandii. Jej mieszkańcy sobie zresztą poradzą, słyszeli już wszystko i stali się odporni na wysłuchanie tego jeszcze raz. Nawet jeśli jakiś turysta niebezpiecznie przybliży ich do publicznego rozpłakania się, zawsze mogą mu powiedzieć, że “jeśli nie podoba mu się pogoda na Islandii, niech poczeka 15 minut” i wytrzeć o spodnie spocone dłonie.



22 marca 2015

Problem z Gimsilem /5

Thomas i Gimsil

Żona Gimsila wywaliła go z chaty. Po rutynie z jaką Gimsil spakował parę najpotrzebniejszych sobie rzeczy, zabrał śpiwór, namiot i dołączył do nas można było przypuszczać, że nie pierwszy raz wyrzucała jego pomarszczone, mistyczne dupsko z własnego domu.

Gimsil był starszym panem. Chuderlawym lecz rześkim i o młodzieńczym obyciu. Jako wieloletni rezydent Christianii, znał prawdopodobnie większość jej mieszkańców. Wprowadzając się do naszego obozu, Jens przywitał go z wszystkimi honorami, odpicowany w kompletny strój szamana, powarkując na każdego, kto przypadkowo zagradzał mu drogę. Wcześniej położył najlepszy koc na najwygodniejszej belce przy ognisku, zabronił każdemu się do niej zbliżać i teraz buńczucznie zapraszał Gimsila by usiadł i rozgościł się. Gimsil spojrzał na nasze mordy, tuzin rozmemłanych drożdżówek na ruszcie, wzdychnął, wziął jedną bułę z budyniem i spoczął, kontemplując to, co nie mogło być jednym z lepszych rozdziałów jego życia.

Dla Jensa było to ważne oderwanie od towarzystwa leniwych nieudaczników i wreszcie mógł gościć kogoś, o dla odmiany pozytywnej reputacji w Christianii. Jeśli wszedłby w dobre łaski rady rezydentów, być może dostałby pozwolenie na wybudowanie chatki, dzięki której spełniłoby się jego największe marzenie- pozbycie się nas wszystkich i tych, którzy mieli nas zastąpić.

Mimo początkowego zrezygnowania, Gimsil wkrótce ożywił się i zaczął raczyć nas opowieściami z dawnej Christianii i piosenkami na gitarze o walce z agresorem, czyli reżimem kapitalistycznym. Miał ostry żart, szybkie riposty. Znakomicie balansował między entuzjazmem, a posępnością starego człowieka. Był bezpośredni i nie przepuszczał okazji by zażartować z kogoś, jeśli zauważył okazję. Niektórzy ludzie wchodząc w nowe środowisko mają obsesyjną potrzebę bycia powszechnie lubianymi i czują dziwną konieczność zadawania pytań, których odpowiedzi ich tak naprawdę nie interesują, ale okazując samo zainteresowanie uważają, że zyskają sobie czyjąś sympatię. Gimsil nie potrzebował niczyjej sympatii, ale był bardzo pogodny i sympatyczny w rozmowie, jeśli utrzymywało się ją na jakimś sensownym poziomie.

Problem z Gimsilem był taki, że chcąc się odwdzięczyć Jensenowi za gościnę zrobił to w sposób ingerujący w naszą strefę komfortu. 

Któregoś dnia poprosił nas o pomoc w przywiezieniu paru rzeczy ze swojego domu. Nieświadomi przyszłych skutków tej wyprawy, chwyciliśmy za rowery nie mając nic lepszego do roboty i znów wyruszyliśmy z kolejną misją niczym stado ślamazarnych kaczek.

W ogrodzie Gimsila rosło pełno marihuany. Dał każdemu z nas po szpadelku, wykopywaliśmy ostrożnie wskazane przez niego rośliny i ładowaliśmy je na przyczepę. Był to podarunek dla Jensa. Żona Gimsila stała na ganku i obserwowała całą sytuację. Nie było złości w jej oczach. Duńczyk podszedł do niej i przytulił ją. Odprowadzała go spojrzeniem pełnym troski. Przypomniał mi się mój pierwszy dzień w Christianii, gdy przekroczyłem jej mury, plecak wciąż był ciężki, a ja nie miałem pomysłu na to co ze sobą zrobić, oscylując między niechęcią do nawiązywania kontaktu z ludźmi, a standardową pazernością, by stać się częścią jakiejś historii. Opuściłem wtedy centrum i idąc wzdłuż zatoki wylewałem wodę ze swojej butelki, pukając do kolejnych domków prosząc o jej napełnienie, rozmawiając przez parę minut z każdym, kto otworzył mi drzwi, nie mogąc mocniej uchwycić się czegokolwiek. W tamtej chwili stałem u Gimsila w ogrodzie, wykopując szpadlem jego marychę i zapalając w swojej głowię świeczkę nad wszystkimi tymi miejscami, w których nic się dla mnie nie wydarzyło, a ja nie miałem już cierpliwości by czekać.

Wyjeżdżając zabraliśmy sporo kamieni, z których Gimsil chciał zbudować w obozie piec. Dopiero na miejscu mieliśmy się przekonać, jak bardzo jego koncepcja burzyła wszystko, co do tej pory znaliśmy. Gimsil otoczył ognisko kamieniami tworząc pierwszą komorę, z której tunel prowadził do komory drugiej, a tam gdzie gorące powietrze cyrkulowało umieścił ruszt. Problem z tym pomysłem był taki, że teraz ogień i drożdżówki były rozłączone, a my nie mogliśmy obserwować obu jednocześnie, tak jak lubiliśmy. Mogliśmy patrzeć się albo na ogień, albo przekrzywić lekko głowę i patrzeć czy drożdżówki już są gotowe. Była to zmiana, która jak się okazało paru osobom pomogła zrozumieć, że trzeba zacząć się zbierać. 

Byłem jedną z tych osób.












21 marca 2015

Cierpliwość i kiepy /4







W centralnej części Christianii spotkałem Kozę i Morrisa, w skupieniu i ciszy kucających na murku przed jednym z barów. Obserwowali dwie kobiety siedzące przy stoliku, w którego popielniczce leżał naprawdę duży kiep. Ten kiep był tak duży, że w pełni zrekompensowałby im czas, który poświęcali siedząc i patrząc się na niego. W tamtej chwili był wszystkim czego pragnęli. Upływało kolejne lato naszego życia.

Nikt z nas nie mógł się wydostać z Kopenhagi. Zostaliśmy klasycznie zassani przez miejsce, które uczyniliśmy sobie tak wygodnym, by każdego dnia znaleźć wymówkę i nie wyruszyć z plecakiem na pobocze drogi. Usiadłem chwilę z chłopakami. W międzyczasie wysępiłem od kogoś peta, by zaraz po odpaleniu ktoś inny się mnie spytał czy mam fajkę na zbyciu. Nigdy nie widziałem Kozy i Morrisa tak skoncentrowanych. Ignorowali nawet smukłe murzynki spacerujące wokół. Zazwyczaj to ja przy nich czułem się jak impotent. Nie mając nic do roboty też przez chwilę zapomniałem o wszystkim, przykucnąłem obok nich i wpatrywałem się w kiepa w popielniczce.

Zastanawiałem się czy nie powinienem był dostać jakiejś nagrody za wzorowe człowieczeństwo przez moje niemyślenie. Jak bardzo biedny nie byłem, śpiąc w namiocie na stacjach benzynowych, nie mając gdzie pójść, i jak bardzo bogaty nie byłem, nigdy nie czerpałem przyjemności, ani nie cierpiałem z powodu mojego statusu społecznego. Nigdy nie szczyciłem się swoim ubóstwem, ani nie czułem źle mając parę banknotów w kieszeni. Nie miało to żadnego znaczenia, jeśli tylko mogłem się wyspać i nikt nie budził mnie co godzinę rażąc prądem przez akumulator zaczepiony na moich jajach. Nie komentowałem w swojej głowie tych standardów, z rożnych powodów pewnie, może z powodu mojego częstego braku zainteresowania czymkolwiek, a może dlatego, że w głębi gdzieś tam naprawdę wiedziałem, że to i tak wszystko jedno. Świat jest pokręcony pod tym względem, niekonsekwentny. Wszyscy są niekonsekwentni. Kobiety chcą mężczyzn z zadbanymi dłońmi, wypielęgnowanymi paznokciami. Inne znów chcą by miał brudne dłonie jak skorupy. Chcą by mężczyzna miał dużo znajomych i zagwarantował im dużo mord do rozmów. Chcą by był mistrzem sushi, tatuażystą, właścicielem nowej, ale już dobrze prosperującej i odnoszącej sukcesy firmy kreującej marki i wizerunek. Jeśli jest charyzmatyczną i ciekawą osobowością, może mieć nawet krzywą, górną jedynkę. Kobiety chcą by facet znał fajne miejsce na mieście, gdzie można napić się świeżo wyciskanych soków, ale i też umiał zaprowadzić na spacer do opuszczonych, industrialnych magazynów. Kobiety nie chcą być gwałcone, nie proszą o bycie gwałconymi. Kobiety fantazjują o gwałtach. Ludzie chcą bezpieczeństwa, chcą kamer. Ludzie chcą prywatności, nie chcą kamer. Nie chcą państwa policyjnego, by policja stała na każdym kroku. Pytają się gdzie była policja, gdy ktoś napadł ich w ciemnym zaułku. Chcą wolności, nie tej co kiedyś, tej w internecie. Darmowej muzyki i filmów. Nie chcą by ktoś kradł zrobione przez nich zdjęcie. Chcą wolnego dostępu do dokumentów państwowych, chcą by państwo ich skutecznie broniło. Chcą większego wojska, nie chcą płacić masie wojskowych za siedzenie na dupie. Chcą pokoju. Nie chcą cenzury w sztuce, nie chcą pornografii w telewizji w południe.  Nie chcą paranoi, radarów na drogach. Chcą znać winnych i przyczyny, gdy stracą bliskiego w wypadku samochodowym. Chcą odzyskać ukradzioną im młodość. Młodzi stresują się przyszłością, marzą o lekach i szpitalu psychiatrycznym, w którym poznają miłość swojego życia i będą biegać razem po korytarzach, jak na koloniach, jak w filmach. Psychicznie chorzy chcą wyjść na dwór. Przystosowanie miast dla niepełnosprawnych zniszczyło je, wypolerowało, obniżyło krawężniki, zlikwidowało ładne kostki brukowe na rzecz lśniących płyt, z których ptasie gówno nawet nie schodzi. Kamery są i zabrały nam całą zabawę. Nie można na dworcu usiąść na parapecie, rozpalić ogniska z chusteczki i paragonu, bo przyjdzie ochroniarz, zakochany w swojej władzy, jak dzieciak moderujący forum internetowe, z orzeczeniem o niepełnosprawności i misją, by chronić świat przed takimi jak my, jeżeli do cholery, nie będziemy grzeczni. Parę lat temu nie miał nic oprócz butelki, teraz z pomocą urzędu miasta jest strażnikiem porządku, kultury i obyczajów. Psia krew, nie może narzekać.

Ludzie zapisują się na salsę, jogę, godzinę niemieckiego w tygodniu, warsztaty kulinarne, by wypełnić sobie czymś czas. Wiedzą , że wszystkiego tego mogliby się sami nauczyć, ale chcą rytuału, płacenia, bo to jest dla nich jedyny sposób, by zbliżyć się do regularności i dyscypliny. Być może poznać kogoś, faceta, którego nawet mama by polubiła. Być może wypełnić czas, czymkolwiek, bez znaczenia. Nie ma już powodów by silić się na bohaterstwo, mieć presję bycia zapamiętanym. Złote orły Górskiego zrobiły z siebie idiotów na scenie politycznej. AK-owcy zostali okrutnymi złodziejami po wojnie. Bohaterzy walki z komuna, zwykli robotnicy, okazali się być homofobami, rasistami i wieśniakami.

Ludzie są sfrustrowani, neurotyczni, zniecierpliwieni, rozproszeni, wścibscy, przestraszeni, nudni, poprawni za wszelką cenę, rozpieszczeni, nieprzygotowani, tupiący nóżkami ze złości, podnoszący głos, przekrzykujący się, dający ultimatum, grożący, obrażeni, cisi dla niepozoru, wybuchający, trzaskający drzwiami. Ludzie nie umieją siedzieć bezczynnie. Stracili dobry kontakt z samymi sobą, ze swoimi myślami. Czasami tylko sobie coś pomyślą i jakieś niezrozumiałe dla mnie poczucie winy nie daje im spokoju. Obrażają się nawet na partię rządzącą by to nadrobić, i pomyśleć o czymś, czasem, częściej. Nie radzą sobie z nienawiścią, poddają się jej, bez przerwy robiąc ludziom wymówki w swoich głowach. Nigdy nie musieli negocjować z nienawiścią, nie poznali jej wystarczająco wcześnie, by nie dać się jej obezwładnić. Ludziom brak bezczynności.

Wstałem, podszedłem do dwóch ładnych pań w średnim wieku siedzących przy stoliku i spytałem się grzecznie, czy zamierzają dopalić przygaszonego jointa. Potwierdziły. Wróciłem do zdezorientowanych moim poczynaniem chłopaków i musiałem ich rozczarować. Żyliśmy życiem, w którym rzadko kiedy czuliśmy rozczarowanie czymkolwiek i kimkolwiek. Ktoś wyrażający rozczarowanie nami był jak ktoś mówiący w obcym, niezrozumiałym języku. Pobocza drogi, obserwowanie kiepów, gapienie się w ognisko dawały kompletny trening w redukcji swoich oczekiwań do świata. Wciąż jednak Morris w złości wzywał Jezusa Chrystusa, twierdząc, że zepsułem element zaskoczenia i perfekcyjny plan, którego podstawą było cierpliwe czekanie.

Jezus.

Nawet jego nie można o nic obwiniać. Prędzej czy później ludzie obwieściliby synem bożym innego charyzmatycznego łachmaniarza o ciepłym glosie.

20 marca 2015

John i rozmowy o sztuce /3











 Codziennie po zmroku jeździliśmy na śmietniki. Braliśmy swoje poznajdywane po rowach rowery i podążaliśmy za Jensem, który chwilowo odrywał się od palenia trawy z młodymi Szwedkami w swoim dużym tipi i zaznajamiał nas z najlepszymi miejscówkami Kopenhagi. Każdego dnia była nas garstka chętnych, która miała przywieźć wystarczająco dużo jedzenia dla wszystkich w obozie. Nie było to pójście na zakupy, ale też nie polowanie. Coś pomiędzy. Coś, co nie spodobałoby się naszym rodzicom. Jeśli jednak gdzieś w przeszłości musiałem nieświadomie podjąć decyzję o tym, że nie chcę zostać jednym z ludzi, którzy gdy coś pokazują, robią to małym palcem i grzebanie w śmieciach nie było dla mnie niczym, nad czym bym się zastanawiał, Jens wskakując do kontenera był maniakiem, przewracającym wszystko od góry do dołu z pełnym oddaniem poświęceniem. Wyżywienie dwudziestu głodnych facetów trzema posiłkami dziennie wymagało zdobycia pokaźnej górki żarcia i ulubione kopenhaskie śmietniki Jensa gwarantowały naszemu obozowi pełną samowystarczalność pod tym względem.

Nikt z nas nie zdawał się przejmować marnotrawstwem korporacji, systemu. Nie dziwiliśmy się presji zapewniania przez supermarkety ciągłości w dostępie do produktów pierwszej świeżości i żadnych innych. Mieliśmy dzięki temu dużo jedzenia za darmo, nie mogliśmy narzekać. Wszystko było na swoim miejscu. Nie gniewaliśmy się.

Jadąc na kontenery na swoim krzywym rowerze John zawsze szczerzył się sam do siebie upalony. Być może po pokonaniu dwóch oceanów podsumowywał sobie wtedy swoje życie w paru zdaniach i nie mógł powstrzymać uśmiechu. Wieczorami powietrze zawsze było ciepłe, a my w drodze na kosze żartowaliśmy między sobą. Na śmietniku rozluźnienie się chwilowo ulatniało. Adrenalina dawała o sobie znać. Byliśmy jak banda dzieciaków wyciągająca w skupieniu i podnieceniu prezenty spod choinki. Jedna osoba wchodziła do kontenera i podawała to, co w świetle latarek zostało jej wskazane przez resztę stojącą przy krawędzi. W środku było bardzo chaotycznie. Niestabilne podłoże sprawiało, że trudno było się utrzymać równowagę. W międzyczasie wszyscy wokół  wskazywali gdzie i po co sięgnąć, gdzie lepiej postawić nogę, co podać. Nie chodziło o to, by zabrać parę rzeczy z wierzchu- jeżeli w kontenerze było półtora metra świeżego jedzenia, wyciągaliśmy wszystko co najlepsze, biorąc pod uwagę nawet rzeczy z samego dna.

Któregoś dnia zaciąłem się w środku o rozbitą butelkę. Po chwili plastikowa rękawiczka na mojej ręce była czerwona od krwi a ja czułem pałeczki tężca tanecznym krokiem wkraczające do mojego krwiobiegu.

- Chyba mamy pierwszego rannego... – powiedział John.                                                        
- Już...? Dopiero co przyszliśmy –odpowiedział Jens, przegrzebując na boku jeden z mniejszych kubłów. 

Stałem po środku kontenera po kolana w drogim, szczelnie popakowanym żółtym serze i gapiłem się jak krew spływała mi z przegubu dłoni, na którą skierowane zostały światła ze wszystkich latarek.

- Zmiana. John, wskakuj do środka - zarządził Grenlandczyk. –Bart, wychodząc uważaj na ser. Stopimy go dzisiaj na fondue. Pomóżcie mu wyjść. 

Wszyscy znaliśmy się zaledwie parę dni.


- John, mamy jeszcze kupę dobrego żarcia do wyciągnięcia- powiedział Jens. Pakuj swoje dupsko do środka i udowodnij swoją odwagę, tak jak pokolenie twojego ojca zrobiło to w Korei.

John był tak upalony, że zacharkał tylko nosem rozbawiony. Zamieniliśmy się miejscami. Poszczególne znaleziska podawane nam z kontenera przez Johna nagradzaliśmy większymi lub mniejszymi okrzykami uznania. Gdy w świetle naszych latarek zabłysnęła paczka fajek i parę zakorkowanych butelek czerwonego wina, wszyscy wykrzyknęliśmy, by dosłownie po pięciu sekundach każdy zdążył już zaciągnąć się triumfalnie patrząc po sobie z satysfakcją, zapominając na chwilę o śmietniku i zawieszając spojrzenie gdzieś na niebie.

Wkrótce mieliśmy już zapełnioną całą przyczepę do roweru. Mogliśmy wracać. Dina nigdy nie był zadowolony gdy przywoziliśmy zbyt dużo, bo miał problem z upychaniem tego wszystkiego w kuchni. Nawet jeśli wiedzieliśmy, że bierzemy zbyt dużo, trudno było cokolwiek zostawić za sobą.

Na śmietnik piekarni jechaliśmy oddzielnie, mniejszą grupą. Często szedłem tam tylko z Johnem. John znał wszystkie sposoby na okrążanie globu bez grosza przy duszy, pokonywanie oceanów i zamkniętych granic. Nigdy o tym wszystkim nie rozmawialiśmy.

Pewnego razu, tuż przed wyjściem, John powiedział:

-Twoja nienawiść do podróży i podróżników bierze się z twojego braku pewności siebie. Stając się podróżnikiem, lub kimkolwiek, wybierasz coś, a wybierając jednocześnie zamykasz sobie inne furtki, mówisz coś o sobie i jest w tym jakaś obrzydliwa dla ciebie stanowczość. Nie chcesz tego robić, ale robisz i tym samym wybierasz siebie, jednak dla równowagi i poczucia bezpieczeństwa nie lubisz tego kogoś.
-Nie wiem, może- odpowiedziałem. Chyba lepiej się czuję gdy o tym nie myślę. Chodźmy na śmietniki!
-To prawda, chodźmy!

Mogliśmy zazwyczaj liczyć na dwa duże worki świeżych drożdżówek, pączków, chleba, i do cholery, nic z tego się u nas nie marnowało. Piekarnia znajdywała się w samym centrum Kopenhagi i podejrzewam, że sporo osób do niej zaglądało. Kiedyś spotkałem tam ładną kobietę przed trzydziestką, w smukłej, długiej czerwonej sukni. Porozmawialiśmy chwilę o sztuce opierając się o plastikowy kubeł i jedząc croissanty. Jedyną więc rozmowę o sztuce w moim życiu, podczas której czułem się komfortowo, przeprowadziłem jedząc ze śmietnika.

Nie licząc naszych wieczornych wypraw, John za dnia zawsze siedział bezczynnie przy ognisku na krześle z lekko spuszczoną głową i skupioną miną, jakby za chwilę coś miało się wydarzyć, a on to przewidział. Wiedział, że wszystko samo do niego przyjdzie, ktoś puści w ruch jointa, ktoś z drugiej strony kółka zacznie podawać jedzenie. Wokół na wyciągniecie ręki była muzyka, kreatywność, praktyczność, lenistwo, praca, dziewięć kilogramów materializmu w plecaku na stelażu, nie lubiący kogoś ludzie w garniturach, nie lubiący ich ktoś. W tamtych dniach John wybierał tylko siedzenie przy ognisku, w ciszy i z uśmieszkiem, nie wychylając się by tylko czegoś nie zmienić. John siedział skupiony i widząc jak ktoś kładzie całą masę drożdżówek na ruszt podnosił na chwilę wzrok i zaraz go opuszczał z powstrzymywanym usilnie uśmieszkiem, jakby po raz kolejny sam przed sobą zadziwiał się nad tym jak można nic nie robić, a wszystko czego się potrzebuje samo przychodzi do nas.

John był niewątpliwie członkiem mojego karassu.

Gdy dużo później droga zaszumiała mi na jego temat, mieszkał w Chinach z poznaną po drodze piękną, rosyjską podróżniczką, którą codziennie nadziewał na ruszt, kątem oka spoglądając przez okno na panoramę Beijingu.






Gimsil i John







18 marca 2015

Christiania /2

W kolejnych dniach z nudów dołączyłem do Kozy i Morrisa, i chodziliśmy tak w trzech, wszyscy spojrzenia wbite w ziemię. Manewrowaliśmy w skupieniu między turystami, niczym nieśmiali chłopcy, nigdy nie podnoszący wzroku. Zbieranie było dla nich obsesją. Znajdywanie prestiżem. Gdy ktoś pstryknięciem palców wyrzucał połowę jointa parę ulic dalej, Morris słyszał to, powoli podnosił z chodnika spojrzenie, patrząc chwilę w niebo i wzdychając, jakby zdechł ostatni niedźwiedź na Kamczatce. Przyjezdne, białe brądźwy potrafiły kupić całego skręta i wyrzucić go po trzech zaciągnięciach uznając, że to jednak nie dla nich, a gdy to robiły, Morris i Koza byli tam by złapać go ustami zanim nawet upadł na ziemię.

Pele w dzieciństwie zbierał niedopalone papierosy i za sprzedany tytoń pewnego dnia kupił sobie swoje pierwsze buty do gry, którymi kopał uszytą z brudnych skarpet piłkę. Chłopaki swoje kiepy ostrożnie rozrywali i wyciągali z nich grudki haszu, które zbijali ze sobą w jedną kulkę, by potem spalić je bujając się w hamakach.

Podczas gdy ja beztrosko zbierałem sobie tylko przygaszone przedwcześnie papierosy, dając im wszystkie kiepy po jointach , chłopacy nieustannie prześcigiwali się w ilości znajdywanych fantów i droczyli się ze sobą, dokuczając temu, który znalazł mniej. Znajdywanie było dla nich talentem, a ten kto go posiadał był dyrygentem wszechświata, władającym synchronizacją geograficzną rzucającą im kiepy do stóp. Morris miał do nich szczęście, albo może miał mniejszą wadę wzroku. Koza wielokrotnie spoglądał z naburmuszeniem na niego podziwiającego w słońcu dorodnego kiepa i z ostentacyjnym stoicyzmem chowającego go do pudełeczka. Morris szczerzył się i z ojcowskim tonem radził „naucz się znajdywać!”. Koza jeszcze buńczuczniej wodził spojrzeniem po ziemi, bezradnie i desperacko szukając tego, czego wszechświat mu po prostu czasami rzucić pod nogi nie chciał.

Christiania była oczywistym przystankiem dla każdego bezdomnego w drodze na północ. Było to też miejsce, w którym posiadanie tylko jednego plecaka i głodnego wzroku było tak powszechne, że aż przewidywalne. Nie była to dobra pozycja startowa, by oczarować kogoś swoją historią. Gdy parę dni wcześniej dojechałem do Kopenhagi i musiałem ustabilizować swoją sytuację, znaleźć jedzenie i miejsce na namiot, trafiłem oczywiście do Christianii. Będąc  przyjezdnym w miejscu, w którym na przyjezdnych się zarabia, nie mając żadnych pieniędzy trudno jest pokonać powierzchowność i niechęć ze strony lokalnych ludzi. Doświadczenie nauczyło mnie jednak, że jeżeli przebywam w centrum dużego miasta, siedzę na swoim plecaku, nie wiem co ze sobą zrobić, zawsze gdzieś jest więcej takich jak ja. Jeżeli więc byłem żulem bez ambicji, wstydu i pieniędzy, nie mającym gdzie spać w stolicy bogatego państwa europejskiego, w takim miejscu jak Christiania mogłem spodziewać się liczniejszej grupy podobnych mi, bezużytecznych dla społeczeństwa popaprańców. Całą trudność jest w znalezieniu ich. Żeby to zrobić należy znać sekretne zaklęcie, mały obrzęd, który trzeba za każdym razem w takiej sytuacji odprawić. Jest nim błądzenie godzinami po mieście i nie myślenie o niczym konkretnym, ale wciąż uważanie się za najmądrzejszą osobę na świecie. Gdy się nad tym jednak teraz zastanawiam, prawdopodobnie można myśleć o czymkolwiek, nawet o wolontariacie w schronisku dla psów. Najważniejsze to błądzić.

Położony na obrzeżach wyspy obóz Jensa był azylem dla każdego, komu w centrum Christianii się nie powiodło, nie miał szczęścia, i nikt z rezydentów się nad nim nie ulitował. Znalezienie się w takim położeniu było całkiem prawdopodobne, ponieważ mieszkańcy wyspy są wielce zmęczeni głodnymi gówniarzami w dredach,   i przewrażliwieni na punkcie prywatności swojego życia, które spektakularnie awansowało na drugą co do wielkości atrakcję turystyczną kraju. Znajdująca się w samym centrum miasta i położona na wyspie społeczność co roku odwiedzana jest przez masę turystów zwabionych wizją żyjących w kolorowych norach szalonych hipisów, kultywujących w ich wyobrażeniu wszystkie te egzotyczne dla nich idee zdrowego odżywiania się i bujania się w wolnym czasie na żyrandolach w oparach nielegalnej, lecz społecznie akceptowalnej marichuany. Zaglądają więc w każdy zakamarek na wyspie, wchodzą do cudzych domów i z zaskoczeniem znajdują w nich normalnych, wkurwionych na ich widok ludzi. Nie jestem pewien w jaki sposób przebiegają wtedy dysputy o konieczności szacunku dla czyjejś prywatności, jeśli od braku szacunku do niej właśnie historia Christianii blisko czterdzieści lat temu się zaczęła- od grupy młodych osób, która przywłaszczyła i zeskłotowała pokaźną ilość należących do państwa opuszczonych budynków militarnych.

Nie miało to wszystko dla mnie większego znaczenia. Mój niezawodny niegdyś radar bulszitu i hipokryzji szwankował. Prawda była taka, że gdybym znalazł opuszczony dom, z którego z jakiś powodów trudno by mnie było wywalić- zostałbym w nim, a gdyby po paru latach ktoś inny wpadłby na ten sam pomysł, wyrzuciłbym go i skopałbym mu tyłek. W tamtym czasie w swojej głowie wchodziłem w świat skłonności do moralnej i intelektualnej niekonsekwencji i już na pierwszy rzut oka wszystko w nim było o wiele łatwiejsze i atrakcyjniejsze.

W jakiś sposób Christiania na pewno była ewenementem. Miała ważną historię przesączoną walką i ludzkim poświeceniem dla niepopularnych idei, gdzieś byli ludzie, którzy ją tworzyli i ciągle w niej żyli. Gdzieś były współczesne problemy, plany i pomysły, razem pewnie z gotowością do walki, intelektualizmem i zaangażowaniem, w imię dobra swojego i innych. Nie było to wszystko jednak dla nas ważne, a przynajmniej nie na tyle, byśmy chcieli podnieść wzrok z ziemi.

17 marca 2015

Naucz się znajdywać /1









W bezimiennym obozie leżącym na granicy Christianii i północnej części starego portu mieszkało około dwadzieścia osób. Liderem i jedynym stałym rezydentem był Jens, 35 letni Grenlandczyk, który kiedyś musiał odkryć w sobie indiańskie powołanie i postanowił stanąć na czole plemienia, leżącego w samym centrum stolicy bogatego państwa europejskiego. Jens był prawdopodobnie jedynym kolesiem z pióropuszem na głowie, urodzonym a Arktyce.  Aktualnie jego największym marzeniem było postawienie płotu wokół obozu, podłączenie internetu i niewpuszczanie nikogo. Swoje marzenie miało mu się udać w niedalekiej przyszłości zrealizować.

Gdy zjawiłem się w obozie, spora grupka dorosłych facetów siedziała w ciszy wokół ogniska, co chwilę wrzucając na jego ruszt tuziny drożdżówek wyciągniętych ze śmietnika za pobliską piekarnią. Wokół stały trzy duże tipi i tuzin namiotów. Zrzuciłem plecak na ziemię i skinąłem na najbliżej siedzącego kolesia pytając się gdzie jest Jens, a on wskazał mi największe tipi. Wlazłem do środka. Jens siedział ze skrzyżowanymi nogami pomiędzy dwiema ładnymi, wykolczykowanymi, chichotającymi się Szwedkami, trzymając w dłoni bardzo dużego skręta. Jednej ze Szwedek strasznie sterczały sutki i nie mogłem przez chwilę odwrócić od nich swojej uwagi. Powiedziałem Jensowi, że rozłożę w obozie swój namiot i pokręcę się wokół parę dni, po czym dałem mu czekoladowy batonik. Grenlandczyk wytrzeszczył oczy i ułożył usta w dzióbek z podniecenia, by po chwili przypomnieć sobie o wstrzemięźliwości, złożyć razem dłonie jak do modlitwy, i powolnym ruchem głowy podziękować za dar oraz okazany szacunek. 

Zazwyczaj tak jest, że w gęsto zabudowanych centrach dużych miast można znaleźć przynajmniej jedno miejsce, w którym żyje garstka ludzi, całe dnie spędzająca wokół ogniska, nie pamiętająca wyglądu pieniędzy, grająca razem na bębnach, i śpiąca w tipi, namiotach lub podartych hamakach. Obozy te często sąsiadują z wypolerowanymi budynkami banków, a jednak pozostają niezauważalne dla większości. By się do nich przyłączyć wystarczy usiąść ze wszystkimi i nie mieć nic do roboty, dobrze wtopić się w tło, ewentualnie okazać się w jakiś sposób użytecznym i pomagać w codziennym przywożeniu żarcia ze śmietników.

Było wczesne popołudnie, a chłopacy siedzieli wokół ogniska nie mając absolutnie żadnych większych planów. Każdy tylko przejazdem, i każdy zassany przez leniwie upływający w Christianii czas. Większość z nich miała wieloletnie włóczęgi na swoim koncie, liczne przeprawy przez oceany, przygody. Tamtymi czasy jednak wszyscy oni wybierali odpoczynek w przeważającym milczeniu. Komunikacja prawdopodobnie nie stanowiła dla nich problemu, ale zgodnie wybierali zdawkowość w zwierzeniach. Pasowało mi to jak cholera. Był tam John ze Stanów- specjalista łapania jachtów na stopa, Thomas z Niemiec- młody entuzjasta farm organicznych, Knut- opóźniony w rozwoju malarz z Holandii, Wiktor ze Szwecji, który poprzednią zimę spędził w finlandzkiej dziczy polując na króliki, Dina- kucharz z Chorwacji, para Hiszpańskich podróżników, Jack- młody Włoch zakochany w drodze, ekipa młodych chłopaków z Finlandii. Często odwiedzała nas Yara z Brazylii. Wszyscy ci z paroma latami życia na poboczach ze spokojem obserwowali płomienie, a ja przyjąłem z ulgą taką oszczędność. Dwa poprzednie dni w tirach spędziłem udając, że był to mój pierwszy wyjazd za granicę, wszystko by nie wypowiadać już więcej na głos tych przebrzydłych nazw krajów, w których byłem.

Rozstawiłem namiot w pustym miejscu, rozgościłem się w zawalonej skrzynkami jedzenia wspólnej kuchni, dołączyłem do chłopaków, kładących właśnie nad ognisko kolejny rzut drożdżówek, i w dużej mierze tak już zostałem na jakiś czas. Gdy pierwszy raz je zobaczyłem wyglądało to dla mnie trochę dramatycznie—zawsze lekko ubrudzone piaskiem, rozlatujące się słodkie pieczywo z dnia poprzedniego. Po pierwszym spróbowaniu nie miało to żadnego znaczenia. Było ciepłe, słodkie i dobre. Codziennie ktoś jeździł na śmietniki piekarni i przywoził ich całe worki. Z radością też przywitałem krążącą regularnie wokół czerwoną miskę wypełnioną lekko zwęglonym tytoniem z pozbieranych z ziemi kiepów. Życie znów było dobre.


Morris
Z drugiego tipi usłyszałem śmiech Polaków. Podszedłem, wsadziłem łeb do środka i rozejrzałem się. Na centralnym miejscu leżał Morris.  Mój rówieśnik, w drodze od niemal dekady. Ostatnim razem rozmawialiśmy parę lat wcześniej w Beneficio. Ktoś potem wspominał mi o nim śpiącym na plażach Tajlandii. Razem z paroma innymi Polakami wypełniał sobie teraz większość swojego drogocennego czasu między letnimi festiwalami zbierając kiepy w centralnej części Christianii. Razem z Kozą z Cieszyna odwalali przy tym kupę dobrej roboty czyszcząc dzielnicę z niedopalonych jointów, nie gardząc też przygaszonymi szlugami i niedopitym alko. Codziennie byli na nogach od szóstej rano zbierając najlepsze artefakty nocy minionej,  by przez całe popołudnie zbijać bąki na hamakach w cieniu i wieczorem znów wrócić do gry. Obaj mieli drogie, markowe okulary przeciwsłoneczne na nosach, które jak mówili też gdzieś znaleźli.

Nie pałałem w tamtym czasie entuzjazmem na myśl o dalszym podróżowaniu, szukaniu niedopalonych petów, dalszej bezdomności, kolejnej nocy w namiocie, byciu wiecznie spłukanym.  Parę dni wcześniej wyszedłem z domu bez grosza przy duszy,  bez karty kredytowej, z półkilogramowym blokiem chałwy w plecaku, by z mało spektakularnym CV wypełnionym całym wachlarzem najgorszych stanowisk za najniższą krajową, przesiadając się od tira do tira,  pojechać szukać pracy w Skandynawii. Równolegle do mnie jechała masa studentów zmierzających z podobnym zamiarem na sezon malowania płotów. Pierwszy raz w moim dorosłym życiu czując, że biorę udział w jakiegoś rodzaju wyścigu, nie zrezygnowałem w jego udziale zniechęcony samym pomysłem ścigania się. 

Nie chciałem już podróżować, nie lubiłem podróżowania, zwłaszcza autostopem. Uśmiechnięci autostopowicze nudzili mnie. Satysfakcja związana z przemieszczaniem się, wspinaniem się po górach, ekstremalną samodzielnością, pokonywaniem swojego strachu i ograniczeń jest prawdopodobnie tą samą, którą można mieć po kupieniu sobie drogiego garnituru, założeniu biznesu i odniesienia sukcesu. Zarówno sukces, kariera, jak i podróżowanie nie miały dla mnie znaczenia, ale o tych pierwszych nie myślałem źle. Zdecydowaniem nie rozumiałem już entuzjazmu stojących z wyciągniętymi kciukami studenciaków w kozich bródkach i bandanach,  szczerzących się na wylotach stacji benzynowych.

By przestać podróżować, musiałem więc udać się w podróż. By osiąść na lata w jednym miejscu, musiałem najpierw je znaleźć. Nie chciałem dużo, nie wymagałem, nie oczekiwałem, nie żądałem. Robić coś nieskomplikowanego i wieść nieskomplikowane życie. Pracować z rana, siedzieć w swoim ulubionym fotelu wieczorem, słuchając muzyki, bawiąc się ulubionym przedmiotem. Nie robić nic konkretnego, uczyć się bezczynności. Nie wyczekiwać potrzeby przemieszczania się, ale jakby wróciła, pozwolić suce usiąść na łóżku i wysłuchać tego co ma do powiedzenia.