-

16 kwietnia 2013

Wioska hipisów /Beneficio /4

Ponieważ nie mogłem się z nikim dogadać, a wciąż nie czułem się na tyle zdrowy by wyjechać, znów zacząłem spędzać czas tylko ze sobą, niekiedy tylko grając na gitarze z rozbitym nieopodal mnie młodym Argentyńczykiem, i wieczorami przyłączając się do kręgu ludzi zbierających się niby przypadkowo wokół ogniska rozpalanego przez pewnego Norwega, który codziennie w wielkim kotle gotował coś ciepłego na kolację dla wszystkich.

Mijał drugi tydzień mojego pobytu i znów było ze mną gorzej. Czułem się jakby między mną a mieszkańcami wioski toczyła się jakaś umowna gra na wytrzymałość. Coś w stylu „kto pierwszy puści się rury i spadnie w przepaść”. Wszyscy dorośli całe dnie palili zielsko, mówili o rewolucji i leniwie patrzyli się w niebo, a ja starałem się nie zwariować.

Nie mogąc ich znieść zacząłem się bawić i spędzać czas z dziećmi. W Beneficio była ich na stałe całkiem spora gromadka. Nie chodziły do szkoły, bawiły się cały czas. Przewodziła im dziesięcioletnia dziewczynka, z silnym brytyjskim akcentem. Była najstarsza, i podczas gdy większość dzieci urodziła się i wychowywała w wiosce, Molly dorastała w centrum Londynu, gdzie spędziła pierwsze lata swojego życia. Dopiero później jej matka postanowiła zrezygnować ze splendoru metropolii, zapragnęła porzucić wyścig szczurów i wyemigrowała na południe Hiszpanii, tak jak zresztą wielu Anglików przed nią, po to, by w konsekwencji osiąść na stałe w Beneficio.

Molly była zadziorna. Uważała mnie za dziwaka i twierdziła, że miałem zamglone, nieobecne spojrzenie. Widać było, że wyrośnie na fajną bezpośrednią babkę. Przyłaziła do mnie jak miała z czymś problem np. gdy nie mogła poradzić sobie z nawleczeniem nitki w igłę. Pomagałem jej wtedy, ale ponieważ nie umiem rozmawiać z dziećmi, pozostawaliśmy dla siebie w pewien sposób uszczypliwi.

Nie chciała wracać do miasta. Życie w wiosce musiało jej się podobać. Przewodziła swojej bandzie młodszych od siebie dziewczynek, które wpatrywały się w nią jak w obraz, bo miała odwagę podważać rozkazy płynące ze świata dorosłych. Molly dość wcześnie odkryła tą niesamowitą krainę, w której to, co mówią dorośli, nie zawsze musi mieć sens.

Jej matkę poznałem dopiero pod koniec mojego pobytu, tuż przed tym jak rozpętałem w wiosce burzę, a Molly mnie znienawidziła. Spacerowałem wtedy po głównej części wioski i niespodziewanie skręciwszy w jedną z mniejszych, krętych ścieżek, znalazłem się na małym przyjęciu urodzinowym trzy letniej dziewczynki, w udekorowanej na tą okazję kolorowymi serpentynami altance, zbudowanej obok źródełka, przeznaczonej na co dzień do medytacji. Przyjęcie było bardzo kameralne i przyszło na nie parę innych dzieciaków z rodzicami. Wszyscy oni spojrzeli się na mnie pytająco, gdy wyłoniłem się zza krzaków.

Nie wiedziałem jakie były zasady, jaka była procedura, czy byłem tam mile widziany czy nie. Nie musiałem tam zresztą być, nie potrzebowałem tego, nikogo nie potrzebowałem, ale moją uwagę przykuło parę talerzy z ciastem i półmisek z czipsami.

Bardzo potrzebowałem tego ciasta.            

Przywitałem się z wszystkimi tak jakbym był najbardziej oczekiwanym gościem wieczoru, i mimo początkowego zmieszania, po chwili wszyscy uwierzyli, że naprawdę tak było. Bezwstydnie, bez krzty szacunku do samego siebie dawałem po kolei wszystkim szturchańce, skupiałem na sobie uwagę i opowiadałem żarty na głos, małymi, powolnymi kroczkami zbliżając się do talerza z tortem, by końcem końców, jakby nigdy nic przeprosić mojego ostatniego rozmówcę i nałożyć sobie kawałek.

Molly obserwowała ta wszystko z zażenowaniem, i gdy już upychałem sobie buzię powiedziała, że nie ma we mnie nawet za grosz godności.

-Przynajmniej mam ciasto- powiedziałem.

W tym samym momencie zjawiła się jej matka i przedstawiła się. Matka Molly była charyzmatyczną kobietą około czterdziestki, pod której złudną fasadą przesadnej uprzejmości, musiał ukrywać się niejeden diabeł. Ponętny diabeł.

Była pisarką. Publikowaną pisarką.

Zacząłem z nią flirtować, i gdy Molly zobaczyła co się święci wydała z siebie niekontrolowany pisk przerażenia i zaciągnęła mnie ze stanowczością za rękę pod altanę, gdzie wszystkie dzieciaki zaczęły malować pisakami po całym moim ciele, przyozdabiając mnie gdzieniegdzie serpentynami. Matka Molly przyklaskiwała im, od czasu do czasu rzucając mi nagradzające moją wyrozumiałość troskliwe spojrzenie.


Wracałem do namiotu z opuszczoną głową, wyglądając jak girlanda.

15 kwietnia 2013

Wioska hipisów/ Beneficio /3

W Beneficio mieszkały piękne kobiety. Naprawdę piękne: smukłe, egzotyczne, odziane w skąpe, kolorowe tkaniny, natchnione, uduchowione, kipiące cielesnością, z całym tym kosmosem w swoich oczach; pomocne, zatroskane, niestroniące od spontanicznych uścisków, czy okazjonalnych, elektryzujących muśnięć.

Wszystkie one wieczorem wracały do swoich chatek i zasypiały obok umięśnionych barbarzyńców w dredach, którzy całe dnie spędzali pocąc się i ciosając drewno na opał, nosząc wielkie kłody na swoich barczystych, upierdolonych od wysiłku i poświęcenia ramionach; nieustannie budujących kolejne domy, w przerwach wypiekających chleb i będących ogólnie facetami wielce pomocnymi dla społeczności, czyli dokładną odwrotnością tego, kim byłem ja.

Niejedno serce zostało złamane w Beneficio. Niejedno męskie ego zostało stłamszone i niejeden ogon podkulił się pod kościstą dupę. Samotni podróżnicy wracali co noc do swoich wąskich namiotów samotnie i nie było dla nich w Beneficio ratunku, a nagość i cielesna bezpośredniość zamieszkujących wioskę kobiet była torturą dla tych wątłych, lecz przecież nieustraszonych chłopaczków- podróżników- idealistów, kolejny raz złudnie kalkulujących swoje szanse po każdej wypełnionej po brzegi śmiechem i uprzejmością kąpieli pod wodospadem z nagimi, blondwłosymi samicami ze Skandynawii.

Łatwo było poczuć się zresztą w Beneficio najmniej interesującym człowiekiem na świecie. Wystarczyło nie wznosić rąk do słońca przed każdym posiłkiem by zostać obdarzonym pobłażliwością i poczuciem wykluczenia, czy też nie bycia wtajemniczonym w jakąś piekielnie ważną tajemnicę życia- jak dziecko stawiające pierwsze kroki, które wciąż nie potknęło się o jakąś niezwykle widoczną, dostępną, i zrozumiałą dla każdego prawdę. Była jednak pora dnia, kiedy każdy mieszkaniec wioski przez chwilę zdawał się być bardziej ludzki- wyraźny, podirytowany, nerwowy, żywy. Moment ten trwał pięć minut- pomiędzy przebudzeniem, a pierwszym jointem.

Po tym były już tylko granie na bębnach i rozmowy o energii, aż do późnych godzin wieczornych.

Ciemność nocy w Beneficio dziurawa była od niezliczonej ilość błądzących i potykających się świateł latarek. Ponieważ konieczność ratowania się podobnymi nowinkami technologicznymi jak światło na baterie była dla mieszkańców wioski wstydliwa do tego stopnia, że nawet uwłaczająca, nie używano słowa „latarka”, tylko nazywano ją „pochodnią”.

Wszystkie te światełka kręciły się wokół by w konsekwencji spotkać się w Wielkiej Loży- dużym tipi przy głównej ścieżce, obok ogrodu i wspólnej kuchni. Był to centralny punkt wioski. Wieczorem w środku tipi rozpalano małe ognisko i ludzie zbierali się i wpatrywali w nie. Okrąg, w którym siedzieli był dość duży i rozmowy ograniczały się tylko do szeptów siedzących obok siebie osób. Czasami tylko ktoś odważniejszy wykrzyczał coś głośniej tak by wszyscy słyszeli i w odpowiedzi po tipi niósł się lekki, lecz wciąż paranoiczny podryw życia. Atmosfera była taka, jak na pierwszym dniu kolonii, w którym dzieciaki są zbyt nieśmiałe by ze sobą rozmawiać. Alkohol w Beneficio był zakazany i czasami wydawało mi się, że mieszkańcy bardzo go potrzebują, nawet jeśli sami o tym nie wiedzieli.

Wielka Loża służyła także do zebrań, na których dyskutowano o sprawach bieżących i podejmowano decyzje.


Nigdy nie słyszałem by w Wielkiej Loży podjęto jakąkolwiek decyzję.






Wielka Loża:
 Basen:


/Parę zdjęć z internetu. Mój aparat już wtedy nie żył.

13 kwietnia 2013

Wioska hipisów /2


Jak każda wioska i ta miała swojego naczelnego wariata. Był on niskim, chuderlawym, buńczucznym amigo, którego wzrok płonął nieobliczalnością. Starsi mieszkańcy mówili, że wychowały go wilki. Pewnego razu zniknął gdzieś na parę dni i ostatnia osoba, która go widziała mówiła, że szedł z jakimś patykiem w kierunku wypalonych przez słońce, suchych, kamienistych zboczy gór Alpujjara. Gdy wrócił po paru dniach jadłem akurat pomidory we wspólnej kuchni. Położył na stół wielki worek obranych już owoców kaktusa i migdałów. Było to nader niespodziewane urozmaicenie pomidorowego menu. Próbując nie zdradzać oznak pośpiechu starałem się niezauważenie zjeść jak najwięcej, na co Hiszpan zareagował powstrzymującym mnie gestem- rozłożył szeroko ręce, mówiąc „mucho?”, i złączając równolegle palce wskazujące, kiwając przy tym głową na boki ostrzegł „no bueno!”, klepiąc się po brzuchu.

Bez obawy amigo- chciałem mu powiedzieć- z moją el sraczką gorzej już nie będzie.

Niestety komunikacja między nami była ograniczona tylko do chrząknięć i gestów, którego to faktu świadom byłem chyba tylko ja, gdyż Hiszpan nie miał żadnych zahamowań przed opowiadaniem mi długich, heroicznych, baskijskich eposów, gdy tylko zrywałem sobie pomidory w ogródku. Prawdopodobnie myślał, że byłem małomówny i cenił mnie, jako cierpliwego słuchacza.

W Beneficio musiałem przyzwyczaić się do wszechobecnych uśmiechów i powolnego sposobu, w jaki mijał tam czas. W wiosce bez przerwy panowało coś na wzór leniwej, niedzielnej atmosfery. Na początku próbowałem rozmawiać z ludźmi, ale ci, którzy spędzili tam dłuższy czas byli nieznośnie mili i w swoim optymizmie mdli i przewidywalni jak przypływ. Tak naprawdę też w tamtym czasie miałem już trochę poplątane w głowie, i w konsekwencji nie chciałem z nikim rozmawiać, tylko całymi dniami zajmowałem się sobą, często godzinami siedząc pod drzewem, rzeźbiąc scyzorykiem łódki z kawałków drewna. Czułem jednak, że moja obecność została w pewien sposób zauważona, i co było niezwykle dla mnie wygodne- zignorowana. Jakiekolwiek wariactwa były tam na porządku dziennym i nie było preferencji co do poziomu uczestnictwa w życiu wioski- każdy wyznaczał stopień swojego zaangażowania, i jeżeli ktoś chciał siedzieć całe dnie pod drzewem rzeźbiąc w drewnie i unikając wszystkich oprócz miejscowego psychola, nie było to dziwne na tyle, by ktoś to nawet zechciał odnotować.

Nie minęło zbyt dużo czasu aż zacząłem też chodzić nago. Spora część mieszkańców Beneficio chodziła nago.

Postawiłem swój namiot w odosobnionej części lasu, więc nie miałem praktycznie żadnych sąsiadów, oprócz nowo- przyjezdnych osób, które w pośpiechu rozkładały się gdzie popadnie i zostawały do chwili, w której dochodziły do wniosku, że w dolinie jest wiele ciekawszych i bardziej żywych miejsc z bardziej interesującymi ludźmi niż ja, obserwujący ich przez szparę ze środka swojego namiotu. Była to początkowa część wioski i rozbiłem się tam głównie dlatego, bo nie miałem siły iść dalej. Hiszpania już wtedy zabrała mi dużo zdrowia. Z czasem częściej zacząłem wychodzić do ludzi i nawiązywać z nimi interakcje. Głównym tego powodu było obrzydzenie do pomidorów.

Wiele osób posiadało swoje prywatne, bardziej zróżnicowane uprawy, i raz w tygodniu spora ich grupka szła do pobliskiego miasteczka by sprzedać swoje plony. Za zarobione pieniądze kupowała dobrej jakości marihuanę hodowaną przez zajmujące się tym osoby w wiosce. Handlarze trawki, którzy pewnie woleliby zostać nazwani rolnikami, zarobione pieniądze inwestowali w baterie słoneczne, które wypożyczali spragnionym prądu przyjezdnym w lato, tymczasowym mieszkańcom. W Beneficio znajdowała się też mała piekarnia i sklep. Odwiedzający mogli wrzucać i wrzucali swoje darowizny do dużej skrzynki znajdującej się przy wspólnym tipi. Większość z tych pieniędzy była przeznaczana na tytoń dla starszyzny.

Podstarzały hipis kręcił głową z niesmakiem. Tęskno mu za starymi czasami, w których pieniądze w Beneficio były po prostu nieobecne. Uważa, że ideały się zatraciły i rozważa możliwość założenia swojej własnej, alternatywnej dla Beneficio komuny. Nostalgia szkli się przy tym w jego oczach naturalnym dla siebie tanim odblaskiem lamentu i braku sił na przystosowanie się kolejny raz do zmian, które znów naszły niemal niezauważalnie. Był bezbronny, i w swojej bezbronności mógł tylko desperacko próbować ratować się wytartymi cliche o Babilonie, i obłudzie krawaciarzy. Chyba sam był zaskoczony, że wciąż potrafi dobrze improwizować w tym temacie.

Oficjalnie w wiosce nie było żadnej hierarchii, ale zauważyłem, że bardziej szanowało się zdanie osób, które miały najgrubsze dredy, i które mówiły najbardziej niezrozumiale o duchowości i wszechświecie. Działało to więc na tej samej zasadzie, według której dzikusy wybierali swoich kapłanów i pozwalali im na największe dziwactwa. Kapłani Beneficio nie żądali jednak krwi z serca najurodziwszych młodzieńców, ale i tak wydawało mi się, że wszystko przychodzi im łatwiej. Dostawali dużo prezentów, przeważnie jedzenie, tytoń, miękkie narkotyki, jak i twarde narkotyki. Za każdy podarunek odmawiali modlitwę dziękczynną do któregoś ze swoich bogów unosząc dłonie w górę, potem dotykając czoła a na końcu serca, mamrocząc przez ten czas coś pod nosem. Robili to niezależnie od tego, czy dostali właśnie brudną lufkę, skręta, czy banana.

Gdy jednemu z tych kolesi dałem pewnego dnia niezdarnie wyrzeźbioną przez siebie ohydną, drewnianą łódkę, ten nie pomodlił się, spojrzał tylko na mnie zmieszany i kiwnął głową.

12 kwietnia 2013

Wioska hipisów /1


Helikoptery od rana krążyły nad Beneficio i siedzący obok mnie podstarzały hipis głaskał swoją upiększoną warkoczykami i koralikami pajęczastą, długą brodę, patrząc z niepokojem w niebo.

-Widzimy was, wiemy, że przyjdziecie –wyszeptał, siedząc w pozycji pełnego lotosu.

Kiwałem na to głową, podobnie jak na wszystko inne w tamtym czasie. Jak się dowiedziałem, helikoptery policyjne regularnie latały nad doliną po to, by jak głosiła paranoiczna legenda, robić zdjęcia wioski w celu namierzenia domowych hodowli marihuany.

-Jeśli przyjdą, od razu będą wiedzieć w które krzaki pójść, człowieku.

Nigdy nie byłem świadkiem tego jak przyszli, ale wiedziałem, że Beneficio musi być dla nich jak zbyteczna wylęgarnia pcheł. Zwabiony do wioski głównie wieścią o darmowym jedzeniu wkrótce odkryłem, że we wspólnym ogródku rosną tylko pomidory i marihuana. Wszyscy przez całe dnie nie robili nic oprócz grania muzyki i palenia jointów.

-Co wy jecie, do cholery? – spytałem.
-Pomidory.

Sprzeczne historie krążyły po wiosce o tym, kto ponoć miałby być jej prawdziwym założycielem. Jedna z teorii głosiła jakoby to grupka amerykańskich hipisów z końca lata sześćdziesiątych przybyła na południe Hiszpanii by uciec przed powołaniem do wojska i tym samym, udziałem w wojnie w Wietnamie. Inni śmiali się z tego i mówili, że wszystko zaczęła pewna para Walijczyków, wciąż mieszkająca w którejś z prowizorycznych chatek na wzgórzach. Nikt tak naprawdę nie był pewien.

Beneficio nie charakteryzowało się jakkolwiek zwartą infrastrukturą, a gdzieniegdzie pobudowane chatki lub namioty były rozsiane po dolinie w sposób, dzięki któremu nie poznałem praktycznie większości osób zamieszkujących wioskę, bo nigdy tak naprawdę nie miałem wystarczająco dużo sił by udać się na spacer w górę lasu.

Ideą tego miejsca było dzielenie się. Ktoś mógł podzielić się z kimś obiadem i nie miał nic przeciwko, jeśli jego gość w zamian podzielił się z nim tylko uśmiechem.


W Beneficio szczerzyłem się jak idiota.

11 kwietnia 2013

“Into the wild” śmierdzi.




Rzadko zdarza mi się oglądać film czekając aż główny protagonista w końcu umrze i zastanawiając się, jak dużo przyjemności dostarczy mi ta scena. Jeśli chodzi o „Into the wild” i Chrisa McCandlessa, oczekiwania pod tym względem były spore i nawet jeśli jego powolna śmierć głodowa wywołała tylko częściowo mnie zadowalający dreszczyk podniecenia, chwilowa ulga przyszła dopiero, gdy film ten się zakończył, a ja, jak mi się wydawało, mogłem o nim spokojnie, szybko i skutecznie zapomnieć, tak jak zwykłem zapominać o wszystkim co jest głupie, lecz mało szkodliwe.

Myliłem się.

„Into the wild” okazał się być wielce szkodliwy.

Po obejrzeniu tego filmu niczym dziewica potrzebująca chwili czułości po pierwszym stosunku pobiegłem do internetu w nadziei na szybkie odnalezienie setek rozumiejących mnie, obciekających jadem recenzji, które dałyby mi odrobinę nadziei i komfortu, że wszystko będzie dobrze. Niestety, nie znalazłem żadnych i trudno mi jest opisać to, jak samotny się poczułem odkrywając, że wszyscy ten film beznadziejnie kochają.

„Into the wild” jest dziełem Seana Penna, który wyniuchał rozgłos, jaki mogło przynieść jego reżyserskiej karierze zrobienie filmu, na którym każdy, kogo dobytek obejmuje przynajmniej szczoteczkę do zębów poczułby się winny z powodu swojego konsumpcyjnego rozpieszczenia i jednocześnie mógł pomarzyć o ucieczce od złych korporacji, pieniędzy, i wygody jaką gwarantuje mu sranie do muszli klozetowej. Sam film opowiada losy bogatego dzieciaka, który uciekł z domu gardząc materializmem swoich rodziców, po czym wymachując z podnieceniem „Waldenem” Henryego Davida Thoreau postanowił spędzić trochę czasu w dziczy na Alasce, na której umarł z głodu i zatrucia, cztery i pół kilometra od najbliższej dużej autostrady, sześć kilometrów od stacji meteorologicznej, połączonej ze sklepem z pamiątkami mającym w swoim zaopatrzeniu koszulki z nadrukiem „I love Alaska”.

Jedno jest pewne- Chris McCandless zdecydowanie nie był najbystrzejszym orzeszkiem w bobku.

Ponieważ historia Chrisa nie zawierała w sobie jakichkolwiek działających na jego korzyść morałów, które nadałyby sensu robieniu filmu o jego osobie, Sean Penn musiał kombinować inaczej by zawrzeć w swoim dziele jakieś akceptowalne przez zdrowy rozsądek przesłanie, zwłaszcza że McCandless okazując się wyjątkowo bezrefleksyjnym człowiekiem, nie zostawił po sobie żadnych dzienników, pamiętniczków ani zbiorów aforyzmów, które mogłyby Pennowi ułatwić zadanie. Sean Penn posłużył się więc cytatami pozaznaczanymi przez Chrisa w jego ulubionych książkach, i z ich pomocą oparł fabułę na starym, wyświechtanym konflikcie „lubić, czy nie lubić ludzi”, a całość podsumował mdłym cytatem Lwa Tołstoja „Szczęscie jest prawdziwe tylko wtedy, gdy jest dzielone”, by dać jakiekolwiek złudzenie rozwoju głównego bohatera.

Spora część fabuły oparta jest też na wspomnieniach ludzi, których Chris spotkał na swojej drodze; wspomnieniach mało wiarygodnych, przesączonych poczuciem straty, które zawsze towarzyszy myśleniu o nieżyjącym już młodym człowieku, zwłaszcza takim, który miał w głowie więcej niż dwa cytaty z pisarzy epoki oświecenia. Różnica między „hej, ten koleś był ok”, a „tak, to był wielki człowiek”, jest często właśnie różnicą między ciałem o temperaturze ciepłego budyniu, a zimnym trupem. Chris McCandless w swojej szczytowej formie był właśnie czymś takim- ledwo tylko ciepłym budyniem, jednym z wielu rozmarzonych, nieodpowiedzialnych dzieciaków, którzy wyjechali na Alaskę w poszukiwaniach siebie i skończyli jako pokarm dla niedźwiedzi. Rzadko kiedy kto interesuje się ludźmi, którzy z takich wypraw wrócili cało. Właśnie poprzez proces kreacji mitu i swoje zimne wcielenie McCandless został sławny i zapamiętany jako podróżnik- idealista, z odpowiednim cytatem Thoreau na każdą okazję. W pomyśle wykreowania go na bohatera stłamszonej poczuciem winy, białej klasy średniej, największą niewiadomą był właśnie brak jakiejkolwiek spuścizny intelektualnej po Chrisie McCandlessie, i kuriozalne dla mnie jest to, jak użycie w tym wypadku wyrwanych z kontekstu cytatów sławnych pisarzy okazało się być dla ludzi wystarczające.

Prawdziwy Chris był oczywiście mniej urodziwy od swojego holiłódzkiego odpowiednika. Był rozgoryczony, drażliwy, nigdy nie miał dziewczyny, nigdy z nikim nie spał, masturbował się do swoich ostatnich chwil. Psycholog badający jego sprawę podejrzewał, że Chris albo był ukrytym, nieakceptującym siebie homoseksualistą, albo miał czyraki na prąciu, które wywoływały u niego neurotyczną nieśmiałość, nerwowość, i sprawiały, że stawał się on coraz bardziej wyalienowany, aż w końcu uciekł do lasu.

McCandless był ucieleśnieniem niekonsekwencji. Niszczył swoje dokumenty, palił pieniądze, po czym na nowo zatrudniał się w McDonaldzie, by znów coś sobie kupić, znów wyrobić sobie dowód osobisty, i znów go zniszczyć. Film zmyślnie manewrował między tymi niuansami, wybierając tylko fakty wygodne dla logicznej linearności fabuły. Działania McCandlessa były dalekie od bycia logicznymi.

Tak więc, dlaczego to wszystko, do czego zmierzasz islenski, o co ci znów kurcze chodzi, co cię znów swędzi...? Trochę już po Bukowskiemu - nie nienawidziłbym tego filmu, gdybym mógł spokojnie o nim zapomnieć, ale jest to niemożliwe, od kiedy ludzie przypominają mi o nim na każdym kroku, i czuję się całkiem usprawiedliwiony zawzięcie tocząc pianę z pyska za każdym razem, gdy ktoś sugeruje istnienie podobieństw między mną, a tym lapsem. Wiem, że wielu podróżników zostało w ten sposób ofiarami pazerności Seana Penna na zdobycie szacunku, dzięki któremu ludzie przestaliby się z niego w końcu śmiać, i traktować go poważnie. Zdezorientował on zdrowy rozsądek widzów, przez pokazanie paru ładnych widoczków z Alaski i wszyscy zdawali się nie zauważać tego wkurzającego typka skaczącego przez dwie i pół godziny filmu ze wściekłości, i krzyczącego by wszyscy przestali go oceniać, i że ma dość ludzi oceniających innych ludzi, zupełnie jakby ocenianie nie było podstawowym instynktem, którym obdarzyła nas ewolucja, pozwalającym nam oszacować jakim zagrożeniem są dla nas inne istoty. Chris McCandless siedział naburmuszony, i gniewał się na cały świat bo jego rodzice nie analizowali z nim przy śniadaniu esejów Emersona.

Parę razy poznawałem kogoś, i gdy ten ktoś już zaczynał zdobywać moją sympatię, podekscytowany czuł potrzebę opowiedzenia mi o tym, jak bardzo film „Into the wild” uwrażliwił go na chory konsumpcjonizm naszych czasów, i jak bardzo dzięki niemu zapragnął powrotu do natury. Blacha aluminiowa ma pewnie więcej emocji niż moja twarz w takich sytuacjach. „Zawiodłaś mnie”- mówi tylko moje obojętne spojrzenie. Czy naprawdę nie powiedzieliśmy już zresztą wszystkiego, co można było powiedzieć o całym tym anty-materializmie, i porzuceniu nudy życia na przedmieściach w „Fight clubie”, „American beauty” i innych tych filmach o cudownych przypadkach szantażowania swoich pracodawców, wyłudzenia od nich dożywotniej pensji, i bycia wkurzonym na ludzi w garniturach...? Czy naprawdę musieliśmy odkopać Jana Jakuba Rousseau i szaleńcze, nigdy nie wprowadzone przez niego w życie teorie...?

W zeszłym roku cierpiałem na powtarzające się regularnie ataki paniki, ze strachu przed tym, czym obawiałem się, że będzie ekranizacja „On the road” Jacka Kerouaca. W Bułgarii na farmie Cath próbowała mnie pocieszyć gdy pewnego razu poszlochiwałem skulony i blady na ziemi, powtarzając w transie„ten film będzie tragiczny, ten film będzie tragiczny...!”, klepała mnie po plecach i mówiła:

-Nie martw się, nie będzie gorszy od „Into the wild”.

Miała rację. Chociaż było blisko. Nie przejąłem się ekranizacją „On the road” jednak tak bardzo, jak przejmuję się filmem, który atakuje moje ego, podważając poczucie niezwykłości jego pragnień i rzucającego mi pod nogi niczym kłody rzesze ludzi porównujących mnie z jakimś bezmyślnym gburem.

My gift to the world. Take it.