-

15 lutego 2013

Nic więcej nie wiem


Nie jest ważne gdzie teraz jestem, ale parę stolików dalej siedzą trzy kobiety, z których jedna najwyraźniej została ostatnio zdradzona, a przynajmniej tak podejrzewa, a dwie pozostałe słuchając jej są niemal sparaliżowane wizją bycia zdradzonymi. Partner tej zdradzonej podobno od paru dni jest zdystansowany, duchem nieobecny, i nie zwraca na nią żadnej uwagi. Nic więcej nie wiem, nie dosłyszałem, więc nie mogę wysnuwać żadnych wniosków. Nie mogę jego zniecierpliwienia tłumaczyć prawdopodobieństwem irytacji kondycją polskiej reprezentacji w piłce nożnej, a jej obawy usprawiedliwiać powszechnością paranoi u kobiet, których wygląd powoli zaczyna usychać, i które przez całe życie od wyglądu uzależniały wszystko. Nie ważne. Siedzi ona tam z nimi, i po prostu płonie, wyzywa, planuje zemstę, jej przyjaciółki starają się ją pocieszyć, ale ona nie daje im dojść do słowa, a gdy już daje, to w powietrzu czuć napięcie tego oczekiwania na chwilę ciszy, by nie musieć udawać już, że się słucha, i znów móc mówić, chaotycznie, jakby w przyśpieszonym tempie, jakby zupełnie do nikogo. Boże, zawsze robię się bardzo nerwowy gdy parę osób, a przynajmniej więcej niż jedna, mówią w tym samym czasie, i nikt nikogo nie słucha. Zawsze uważałem, że takim ludziom przydałaby się samotna podróż.

Wczoraj późną godziną siedziałem przy ladzie w jednym z opustoszałych barów, i dosiadła się do mnie jedna dziewczyna. Cały ten walentynkowy dzień przepracowała w restauracji, i przed powrotem do domu wstąpiła jeszcze do baru by wypić podwójne espresso. Była trzecia w nocy. Wewnątrz, na ścianach lokalu wisiała wystawa zdjęć przedstawiających jedzenie. Podobały mi się, dziewczynie nie. Uważała, że są zbyt bardzo ustawiane, przemyślane, dopracowane. Nie mogłem zrozumieć jej punktu widzenia. Nie potrafię sobie wyobrazić, jak można zrobić zdjęcie zielonej fasolce na talerzu z zaskoczenia. Był to jednak jej sposób na propagowanie najważniejszej dla niej wartości, jaką jest autentyzm. Tak sobie musiała kiedyś do siebie powiedzieć, i tak już zostało. Ludzie czasami zbyt pochopnie wierzą w to, co sobie pomyślą.

Nie palę od tygodnia, i boję się cokolwiek napisać na ten temat, bo jeśli napiszę lekkomyślnie, że jestem rozdrażniony i wkurwiony, to zakoduje się w mojej głowie, że tak właśnie jest, chociaż rozdrażniony i wkurwiony wcale nie jestem, a przynajmniej nie aż tak bardzo, ale wystarczająco by istniała pokusa, żeby to odnotować. Jest dobrze. Nic więcej nie wiem, a przynajmniej niczego więcej nie chcę przed sobą przyznać.

Nie chcąc się jednak przemęczać podczas tych trudnych dla organizmu pierwszych dni rzucania palenia, przez cały tydzień leżałem w łóżku, jadłem paluszki, i oglądałem niskiej klasy produkcje z Nicolasem Cage’em. Uwielbiam Nicolasa Cage’a. Jego filmy dzięki swojej przewidywalności znakomicie mnie odprężają. Nie ważne jak bardzo fabuła stara nam się wmówić, że jest źle, na sam koniec Nicolas zawsze będzie miał na twarzy to swoje stoickie zamulenie, jakby w ogóle nie wiedział co się wokół niego dzieje. Na płycie z filmem „National Treasure”, był też plik z oficjalnym plakatem, na którym Nicolas stoi w pełnej dramatyzmu pozie otoczony ogniem i czaszkami, z zawiniętą w rulonik deklaracją niepodległości zawieszoną na plecach, a w tle widać budynek kongresu, i przeróżne scenki rodzajowe. Na pierwszym planie widnieje symbol piramidy z okiem, znaczek masoński obecny także na dolarach amerykańskich, ostatnimi laty nachalnie nadużywany przez antyglobalistów wyzywających ludzi od leniwych konsumentów, i próbujących wmówić nam, że nie mamy absolutnie zielonego pojęcia o tym, co tak naprawdę na świecie się wyrabia. Muszę się teraz powtórzyć, ale jestem niezmiernie szczęśliwy, że tacy ludzie istnieją, i przejmują się tym wszystkim, i śledzą, i wymyślają te kolejne teorie spiskowe, i myślą o tym wszystkim, bo dzięki nim, ja nie muszę.

Jest jednak jedna ważna lekcja, której udzielił nam Nicolas Cage, a przynajmniej jego historia drogi na szczyt. Jako młody, początkujący aktor, Nicolas Coppola, bratanek Francisa Coppoli, słynnego reżysera, który spłodził swego czasu parę całkiem niezłych filmów, postanowił zmienić nazwisko na Cage, by nie tanim nepotyzmem zdobyć uznanie, i zarobić swoje pierwsze miliony uczciwie, tak jak każdy normalny nieudacznik, którego oglądał na ulicach. Sukcesywnie udawał więc prostaka na castingach, wiedząc, że wielu reżyserów zatrudniłoby go, byle by tylko przypodobać się jego wujowi. Wielki idealizm, który przyświecał aktorowi musiał z czasem ustąpić, gdy po kolejnych rozczarowaniach Nicolas nie miał innego wyjścia jak zatrudnić się w fast-foodowej oberży i smażyć hamburgery. Nie minęło zbyt dużo czasu, aż Francis załatwił swojemu bratankowi jakąś rolę. Nicolasowi niewygodnie już siedziało się na dupie z podwiniętym ogonem, więc zaakceptował to, na co wcześniej się nie godził.

Jasny gwint! To jest genialne! Potrzebujemy takich ludzi, ludzi uniżonych, skąpanych w kompromisach, potrzebujemy jakiegoś nowego symbolu porzuconych nadziei młodego pokolenia na plany emerytalne! Obejrzeliśmy niestety zbyt wiele filmów, i naczytaliśmy się zbyt wielu mądrych książek przygodowych, by poświęcić swoją młodość pracy, i karierze w korporacji. Najwyżej nie rozmnożymy się, i właśnie ci bardziej udani, tacy właśnie jak Nicolas Cage, będą zbierać z ulicy nasze martwe, nawet nie postarzałe ciała, zabite bólem zęba, i brakiem środków finansowych na opiekę dentystyczną.

3 lutego 2013

Gitara w podróży


Późne piątkowe wieczory w Reykjaviku były, wbrew swojej naturze, nerwowym czasem dla mnie, i Thorira. Nie rozmawiając ze sobą szwendaliśmy się po domu, szukając wyciszenia. Z pobliskiej, głównej arterii miasta dobiegały nas z każdą chwilą nasilające się odgłosy o tej porze pijanych już w trupa Islandczyków, którzy do ostatniej chwili w łikendy zostają w domach tnąc koszty picia, by dopiero późnymi godzinami wyjść na miasto. Co tydzień razem z Thorirem braliśmy gitary, powolnym krokiem zmierzaliśmy w sam środek tego piekła i oddaleni od siebie w strategicznej odległości doiliśmy z mieszkańców wyspy jak najwięcej się dało. Nazywaliśmy to „Friday Midnight Milking”. Był to niewątpliwie najlepszy czas na uliczne granie, i mimo że znakomicie opłacalne, wyjście z gitarą do młodych, pijanych, jurnych wyspiarzy przypominało dobrowolne zapisy na rzeź. Wracając z niej nad ranem, Thorirowi i mnie zawsze trzęsły się ręce, po policzkach ze złości spływały łzy, a spodnie ledwo utrzymywały się na naszych biodrach, od ciężaru monet poupychanych po kieszeniach.

Byłem bardziej bezbronny w tym wszystkim niż Thorir. Po pierwsze jestem znacznie gorszym gitarzystą od niego, po drugie nie mówiłem po islandzku. Podczas gdy on grał cierpliwie swoje ciche, skomponowane przez siebie piosenki, umiejętnie gasząc zaczepiających go rodaków, moje występy przypominały raczej performance, i z graniem często nie miały zbyt wiele wspólnego. Prawie wszyscy ludzie na Islandii to muzycy, i widząc ulicznego grajka, każdy z nich będzie w mniej lub bardziej nachalny sposób przymilał się do niego, by zabrać mu gitarę i zagrać parę piosenek dla swoich zataczających się przyjaciół. Zazwyczaj przystawałem na to. Nigdy nie mogłem być oczywiście pewny, czy osoba taka weźmie instrument i faktycznie coś na nim zagra, czy może roztrzaska mi go na głowie, albo narzyga do futerału. Jak tylko pojawiałem się na ulicy w moim ulubionym miejscu przy parlamencie, od razu, niemalże znikąd pojawiały się wokół mnie zmieniające się z dużą częstotliwością grupki rozmawiających ze sobą ludzi. Wiele razy czułem jak dynamiczna, ale opanowana sytuacja, była bliska wymknięcia się spod kontrol i absolutnie nie miałem pojęcia, co mogło się za chwilę wydarzyć. Zazwyczaj stałem jednak gdzieś z boku rozmawiając z ludźmi, podczas gdy ktoś grał na mojej gitarze, a pieniądze sypały się do pokrowca ze wszystkich stron. Thorir nigdy nie pozwoliłby nikomu nawet dotknąć swojej gitary i przez to przynosił do domu parokrotnie mniejszy przychód niż ja. Cotygodniowe użeranie się z głośnymi, nieprzewidywalnymi Islandczykami było dla nas jednak równie upokarzające i męczące.

Dwa dni przed zakończeniem mojego pierwszego pobytu na Islandii, w trzy godziny ugrałem dwadzieścia jeden tysięcy koron, czyli w tamtym czasie około sto euro. Była to niewyobrażalna kwota i udało mi się tyle zarobić tylko dlatego, że wszyscy byli tak cholernie pijani. Ludzie podchodzili grupkami i niczym z poczucia jakiegoś dziwnego obowiązku opróżniali kieszenie, zostawiali puszki piwa, darmowe wejściówki do baru ze stripteasem, papierosy, jointy, a parę monet nawet wrzucił mi do pokrowca perkusista Sigur Ros. Przez te trzy godziny ledwo zdążyłem zagrać parę piosenek.

Rankiem następnego dnia, mój współlokator Richard siedział w salonie przed kubkiem płatków śniadaniowych z mlekiem. Był najbardziej teatralnie pociesznym, zabawnym Szkotem jakiego kiedykolwiek poznałem, i paradoksalnie był też najbardziej zdołowaną, zrezygnowaną osobą na świecie. Uwielbiałem się z nim droczyć. Wyrywkowo tylko pracował za barem i dwadzieścia jeden tysięcy koron było dla niego tygodniówką ciężkiej harówki. Wiedziałem, że mogę liczyć na dramatyczną reakcję z jego strony, więc usiadłem naprzeciw niego, i powiedziałem:

-Hej, Richard, zgadnij ile wczoraj zarobiłem grając na gitarze przez trzy godziny?
Szkot był ledwo zainteresowany.
-Pięć tysięcy – odpowiedział, z buzią pełną płatków.
-Mało.
Wzruszył ramionami.
-Sześć tysięcy.
-Uuu.. Wciąż mało.
Richard zaczynał mnie uważnie obserwować.
-Siedem? Osiem? Dziesięć...?
Kiwałem głową na boki. Richard odłożył łyżeczkę, i przestał jeść.
-Dwanaście.
-Nie, więcej.
-Piętnaście.
-Więcej.
-Pierdol się.
-Still more.
-Pierdol się!!!

Richard musiał się uspokoić i zajęło mu to chwilę. Pozwolił opaść emocjom i ciężko oddychając, jakby niechętnie, zapytał już jakby tylko dopełniając formalności, nadając tamtej chwili odczuwalnej chyba tylko dla mnie dozy uroczystości:

-Dwadzieścia tysięcy?
-Dwadzieścia JEDEN tysięcy.

Szkot wstał od stołu. Chodził chwilę nerwowo w kółko po salonie mamrocząc do siebie, po czym poszedł do swojego pokoju, głośno zatrzaskując za sobą drzwi. Wrócił po parunastu sekundach i wyciągnął dłoń, twierdząc, że jestem mu winien pięć tysięcy koron za bycie miłym dla mnie. Parsknąłem śmiechem. Richard zaczął użalać się nad sobą i wypominał mi fakt, że umiem grać tylko dwie beznadziejne piosenki The Verve, i jedną Oasis. Uważał, że w ogóle nie zasługuję na tego typu dobroczynność i miał rację. W tamtym czasie naprawdę umiałem grać około pięć utworów i byłem na tyle bezwstydny, że siedziałem bezczynnie na ulicy, a jak widziałem, że ktoś nadchodził, grałem piosenkę od połowy.

Richard jakoś to zniósł. Jemu samemu nie było obce sępienie kasy od ludzi i swego czasu, przez dwa dni był wziętym, ulicznym wróżbitą. Spędził kiedyś całą noc czytając w internecie o technikach wróżenia z dłoni i bezgranicznie w całe to przepowiadanie przyszłości uwierzył. Na drugi dzień przebrał się za Aladyna i wróżył przechodniom, siedząc na palecie przemysłowej przed swoim ówczesnym domem. Richard był jednak zbyt wrażliwy do tej roboty. Nie umiał pozostać obojętnym, jeśli widział w czyjejś dłoni mętną przyszłość. Najgorsze było to, że nie potrafił wyznać komuś prawdy o czekających na niego tragediach, a szczerość Richarda uniemożliwiała mu okłamywanie innych i w konsekwencji zamykał się on w sobie. Ludzie, którzy więc przychodzili do niego i płacili za wróżbę, często dostawali w zamian jedynie szlochającego nad ich losem Szkota.

fot. Archiwum Richarda

Richard musiał się wycofać. Uznał, że znajomość przyszłości to zbyt duże piętno. Teraźniejszość była dla niego wystarczająco przytłaczająca.

Nie wiedziałem co zrobić z tymi pieniędzmi, i chciałem zostawić je mieszkańcom domku na Lindergacie w podzięce za przygarnięcie mnie z ulicy, ale Bjork nie chciała o tym słyszeć. Poszła razem ze mną do banku, by rozmienić monety na banknoty, a potem udaliśmy się na bazar, gdzie wybrała dla mnie ładny, czerwony, islandzki sweter. Były to ostatnie dni mojego pobytu na Islandii i przypomniałem sobie wtedy te pierwsze chwile w Reykjaviku, gdy leżałem na ławce w parku, bez pieniędzy, i z letnim śpiworem w plecaku. Martin siedział nieopodal ze swoimi przyjaciółmi na trawie. Podszedł wtedy do mnie, poprosił bym przyłączył się do nich i zagrał jakąś piosenkę. Wszystko więc zaczęło się od gitary i tych czterech akordów, które grałem im na zmianę.

Moją pierwszą gitarę akustyczną kupiłem trzy dni przed pierwszą podróżą. Nie wiedziałem wtedy absolutnie nic o graniu na ulicy, ale większość moich wyobrażeń sprawdziła się i po dwóch tygodniach szwendania się po chorwackim wybrzeżu odesłałem pocztą do domu wszystkie wcześniej zapobiegawczo zabrane w podróż pieniądze. W tajniki rzemiosła ulicznego sępienia wprowadził mnie Dragan, napotkany gdzieś na Istrze żul. Dragan był człowiekiem drogi. Spędzał tak swoje życie. Ja byłem dzieciakiem, który w drogę się tylko bawił. Nie miał nawet namiotu i w nocy spał na siedząco, z gitarą między nogami. Na co dzień śpiewał stare, uliczne standardy Boba Dylana, The Eagles, i Beatlesów, ale ponieważ nie znał słów do piosenek, układał własne. Tym sposobem „Angie” Rolling Stonsów, w jego wykonaniu nie opowiadała o dziewczynie, ale dotykała problemu zbyt późnych godzin otwarcia sklepów monopolowych.

Gdy spotkałem go po raz pierwszy, siedział na poboczu zatłoczonej turystami promenady i czytał „Martwe dusze” Gogola. Cały dzień spędziliśmy razem, upijając się w pełnym słońcu jego zwietrzałym piwem. Gitara Dragana wyglądała jakby w każdej chwili miała wyzionąć ducha. Pozrywane struny Chorwat zastąpił nylonowymi żyłkami rybackimi. Instrument brzmiał zaskakująco dobrze, ale tak naprawdę nie miało to żadnego znaczenia.

Dragan nauczył mnie, że ważniejsze od muzyki jest obcowanie z ludźmi, bycie komunikatywnym, wchodzenie z nimi w interakcje, uśmiechanie się do dzieci, które za chwilę ciągnęły swoich rodziców za rękawy i cieszyły się jak cholera, mogąc wrzucić trochę drobnych do futerału. Przez większość czasu Chorwat nawet nie grał, tylko siedział w piachu i czytał książkę, a pieniądze i tak się sypały. Zrozumiałem wtedy, że w podróży gitara odbiega od swojego domyślnego przeznaczenia, przestaje być jedynie medium, narzędziem, ale staje się też wiadomością, treścią samą w sobie. Kiedy stoi się na ulicy machając na samochody, liczy się czas reakcji kierowcy, którego decyzja zazwyczaj psychologicznie uzależniona jest od koloru koszulki autostopowicza. Gitara w tym wszystkim działa jak przejmujący inicjatywę atrybut, w dużym stopniu przynoszący podróżnikowi korzyści. Tym sposobem też często podwozili mnie muzycy, małe zespoły podróżujące w swoich starych vanach, dostawałem płyty, bilety na koncerty, festiwale. Świetnie się bawiłem, i nie ważne było, że prawie w ogóle nie potrafiłem grać.

W swojej podróży do Iranu grałem tylko raz dla pieniędzy i zrozumiałem, że w moich wyprawach nawet gitara do przeżycia nie jest mi potrzebna, ale wciąż wątpię bym kiedykolwiek z niej zrezygnował. Oczywiście instrument waży swoje i może być czasami uciążliwy, ale jeżeli dzięki gitarze perkusista Sigur Ros chciał mi się dołożyć do swetra, nie przeszkadza mi to.

Richard