-

17 czerwca 2012

Uśmiechnięta bestia





Na głównej ulicy w Aarhus, drugiego dnia mojej zeszłorocznej podróży, spotkałem parę dziewczyn stawiających pierwsze kroki w pracy dla tamtejszego oddziału Amnesty International. Z początku próbujące mnie zwerbować szybko zauważyły, że nie wpisuję się w domyślny profil darczyńcy, a ja zrozumiałem, że nie mam do czynienia z dziewczynami, z którymi mógłbym rozprawiać w nieskończoność o swoim egocentryzmie. Nina i Marie miały poczucie misji i chwała im za to, bo dzięki nim mogłem zregenerować siły po przeprawie przez Niemcy, przespać się na normalnym łóżku (jeszcze zanim nawet zdążyłem się od niego odzwyczaić), zjeść kolację i spędzić miły wieczór z duńską rodziną.

Gdy pierwszy raz wszedłem do pokoju Kalle, dziewczyny, u której wszyscy mieliśmy spędzić noc, z przyzwyczajenia pierwszą rzeczą na jaką zwróciłem uwagę był regał z książkami. Kalle była wniebowzięta.

„Nie rozumiem ludzi, którzy przychodzą do kogoś i nie zwracają uwagi na zawartość jego biblioteczki.” – powiedziała. Była jedną z tych spotykanych przeze mnie w drodze osób, do których po wymianie paru zdań jestem jak przywiązany linią okrętową. Stojąc tak przed jej regałem, dopiero co się poznawszy, rozmawialiśmy ściszonymi głosami o ulubionych książkach i sytuacja zakrajała o intymną.

Kalle żyła z rodzicami i mieszkała w przybudówce obok pracowni swojego ojca, Stena, który był malarzem- fotorealistą.

„Czasami wchodzę do mojej pracowni, siadam na tym krześle i patrzę na to wszystko co mam, na rodzinę, obrazy, ogród i jestem po prostu bardzo szczęśliwy”- mówił i miał rację. Cała rodzina Kalle wyglądała na nienaturalnie, szczerze szczęśliwą. Pierwszy raz w życiu bezpośrednio spotkałem się z czymś takim i byłem zdezorientowany słuchając tego w jak luźny sposób wszyscy się do siebie odnoszą. Wcześniej taki model, w którym grupka znajomych, młodych osób spotykała się na kolacji u rodziców jednego z nich i mimo wszechobecnej uprzejmości, wciąż daleko było atmosferze tej do oficjalnej i spiętej, po prostu nie istniał w mojej głowie.

Kolacja z obcymi ludźmi w podróży jest jedną z sytuacji, w których trzeba wziąć się w garść, jak bardzo nieoswojonym dzikusem by się nie było. Będąc w Polsce w takich, lub podobnych okolicznościach o charakterze socjalnym łatwo cofam się do swojej skorupy, słucham i przytakuję, bo tak naprawdę nie mam energii i chęci by partycypować. W momencie, w którym obcy ludzie wpuszczają mnie do swojego domu czuję powinność udowodnienia im, że dobrze zrobili: jestem żywy, jestem nimi zainteresowany, sprawiam, że oni stają się zainteresowani mną, dużo mówię, ale nie w narzucający się sposób, ściszam głos gdy mówię o czymś ważnym, uśmiecham się by to nadrobić, puentuje wszystko trafnym żartem, jestem pewny siebie, śmieję się z siebie, umiejętnie gram odpowiednimi akordami przeciwległych sobie emocji, wypełniam sobą całe pomieszczenie, zachowując przy tym skromność i pozostając wiernym swoim przyzwyczajeniom. Żadna sytuacja nigdy nie zmusiła mnie do użycia noża przy stole. Jem tylko widelcem i potrafię pokroić nim wszystko, tak samo jak dzięki nauczonej mnie przez głód i drogę komunikatywności potrafię udźwignąć sytuację, w której muszę być skupiającą na sobie uwagę, uśmiechniętą bestią.

Siedzieliśmy do późna wokół stołu na tarasie opatuleni ciepłymi kocami i dopiero po skończeniu posiłku, po paru godzinach rozmów po angielsku Sten grzecznie spytał się mnie, czy mogliby kontynuować rozmowę po duńsku. Kiwnąłem głową z uśmiechem. Wcześniej, gdy szedłem na chwilę pospacerować po ogrodzie słyszałem jak wszyscy rozmawiali w swoim ojczystym języku, ale jak tylko zbliżałem się na odległość pięciu metrów, nawet jeśli w środku zdania, przestawiali się na angielski. Nigdy się z czymś takim nie spotkałem.

Przed północą wszyscy się przebrali w szybko zaimprowizowane stroje i poszli na premierę Harrego Pottera, podczas gdy ja padłem bezwładnie na przydzielony mi materac w korytarzu. Rankiem ruszyłem w swoją stronę, z zapakowanym przez mamę Kalle kawałkiem ciasta, małym albumem prac Stena i niezwykle cennym obrazkiem ludzi, którzy żyją ze sobą od lat i są szczęśliwi.

Padał lekki deszcz gdy wysiadłem na ostatnim przystanku autobusowym i szedłem w kierunku autostrady. „Droga wciąż mnie zaskakuje i cieszy”- pomyślałem sobie wtedy i trzeciego dnia podróży była to myśl niezwykle kojąca.

Sten i Kalle

Pokój Kalle


W siedzibie Amnesty

12 czerwca 2012

Lokalizacje

1. Magiczny Ogród
Granada, Hiszpania      





2. Beneficio
Orgiva, Hiszpania






















3. Islandia






Tylko w jednym przypadku czuję się jakbym zdradzał tajemnicę, ale musimy sobie pomagać prawda? Gdyby zdarzyło się tak, że Magiczny Ogród jakimś cudem by już nie istniał, po prostu popytajcie ludzi o lokalizacje jaskiń, tam też w lato powinno być miło.

6 czerwca 2012

Icelandic Ring Road nr 1 / Islandia autostopem





Sytuacja w Reykjaviku robiła się napięta. Moje społeczne zaangażowanie w sprawy miasta spotkało się z wpędzającym mnie w klaustrofobię odzewem z jego strony. Z uwagi na małe rozmiary społeczeństwa, islandzkie kanały przepływu informacji działają niezwykle szybko i skutki tego dla osoby nieprzyzwyczajonej mogą być co najmniej przytłaczające. Należało jak najszybciej opuścić stolicę, zniknąć, przynajmniej na parę dni. Wciąż wtedy wierzyłem, że poza nią istnieje jeszcze na wyspie inne racjonalnych wielkości skupisko ludzkie, ale prawda okazała się inna. Wyjazd z Reykjaviku jest jak opuszczenie cywilizacji, a paranoję z tym związaną można porównać tylko do paranoi towarzyszącej powrotowi do Reykjaviku po paru dniach w dziczy.

Jest tylko jedna droga na Islandii, a ja pomyliłem na niej kierunki. Chcąc okrążyć wyspę jadąc wpierw na północ stanąłem po złej stronie drogi i zacząłem od południa. Wierząc w proporcjonalnie alternatywną dla Reykjaviku wielkość którejś z miejscowości opisanych na mojej mapie przedziwnymi, trudnymi do wymówienia nazwami, przezornie wziąłem ze sobą gitarę, która oczywiście końcem końców okazała się bezużyteczna wobec mojego klarownego niedoinformowania o stanie rzeczy na Islandii. Mój pierwszy kierowca, który zobowiązał się do wywiezienia mnie tuż za miasto powiedział apokaliptycznym tonem:

-Musisz wiedzieć, że może i będzie ładnie, ale pamiętaj, tam nic nie ma.

Wkrótce stałem na pustej drodze po środku czegoś co przypominało krajobraz księżycowy i wciąż mając we krwi skutki parudniowego podkradania z Martinem kolorowych drinków w modnych fensipensi barach w stolicy, paliłem papierosa trzęsącą się ręką nie wiedząc już, po której stronie granicy cywilizacji tak naprawdę wolę być.

Oczywiście wahanie to nie trwało dłużej niż przejechanie paru kilometrów w głąb wyspy. Islandia zna sposób by zdobyć serce absolutnie każdego i podróż wzdłuż jej wybrzeża jest jak kartkowanie książki od geografii. Z dużą częstotliwością zmieniający się krajobraz raczył mnie widokiem wulkanów, lodowców, klifów, małych parujących jezior, fiordów, pustyń z czarnego piasku, pól lawowych.

Istniał tylko jeden mały problem. Nie miałem pieniędzy i po tym gdy zobaczyłem pierwsze miasto uznawane w skali „reszty islandzkich miast” za duże, wiedziałem, że pieniędzy po drodze raczej nie zdobędę. Mając tylko trochę jedzenia w plecaku czułem, że czas jest ograniczony, a uczucie to nigdy nie należało do moich ulubionych.

Podwoziła mnie grupa młodych Islandczyków jadących na jakąś imprezę w pobliskiej wsi i mająca bagażnik wypełniony Budweiserami. Jeden z nich opowiadał mi o tym, jak co roku pomaga swojemu ojcu w poszukiwaniach owiec, które przez cały sezon swobodnie biegają po nieogrodzonych łąkach gdzieś daleko w górach i jak jedną po drugiej trzeba odnaleźć i złapać.

-Owca, która nie widziała człowieka przez rok jest tak zdziczała, że potrafi zachowywać się naprawdę dziwnie.

Zrobił przy tym taką minę jakby naprawdę nie chciał tłumaczyć co ma przez to na myśli.

Zbliżaliśmy się do wulkanu, który tamtego lata, nie tak dawno przed moim przyjazdem spowodował konsternację wśród prawie wszystkich lotnisk europejskich. Jego nazwa była wtedy koszmarem dla zagranicznych dziennikarzy i wkrótce jej fonetyczny zapis stał się nadrukiem na popularnych wśród turystów pamiątkowych koszulkach, których żaden Islandczyk nigdy by sobie nie kupił.

Ejafjallajökull. Podczas gdy parę tygodni wcześniej zbierał on olśniewające recenzje wśród uwięzionych na lotniskach ludzi, wtedy gdy pierwszy raz zobaczyłem go z daleka, wciąż jeszcze lekko pierdział białym już tylko dymem.

Nauczenie się wymowy nazwy tego wulkanu jest cwanym zabiegiem, dzięki któremu po powrocie z Islandii pojawi się wiele możliwości zaimponowania znajomym i tym jednym słowem sprawienie wrażenia, jakby znało się więcej jeszcze dziwniejszych, ale było się zbyt skromnym i obojętnym by przechwalać się nad wyraz szybkim okiełznaniem tej dziwnej mutacji już od samego początku zresztą cudownego języka wikingów. Warto więc poświęcić chwilę na naukę i zawczasu nadrobić sobie punktów, które niestety letni podróżnik straci później przy pytaniu o doznania towarzyszące widokowi zorzy polarnej.

Ejafjallajökull - podzielcie wyraz na trzy części, kolejno każda z nich w wolnym tłumaczeniu będzie oznaczać wyspa, góra, lodowiec. Wymawiajcie je:

Eja- fjetla- jeketl

Przy czym kończąc cały wyraz, puśćcie powietrze policzkami wydając dźwięk podobny do tych, którymi posługiwał się Gollum we Władcy Pierścieni gdy syczał na wszystkich. Wkrótce zrozumiecie o który dźwięk chodzi i cała nazwa nie będzie stanowiła problemu, a ponieważ na wasze wspomnienie o Islandii ludzkie umysły będą głównie przywoływać sobie obrazki Bjork i własnie wulkanu Ejafjallajökull, będziecie mieli kupę roboty z dźwiganiem ciężaru swojej fajności po wielokrotnym objaśnianiu tajników fonetyki w języku islandzkim. Mówienie „Byerk” zamiast „Bjork” wciąż jednak uczyni was najbardziej irytującymi ludźmi w towarzystwie i zadziała głównie na waszą niekorzyść.

Większość ludzi, która podwiozła mnie na południowym wybrzeżu stanowili geolodzy, biolodzy, i inni naukowcy. Jeden długowłosy, nerdowaty i zapuszczony Szwajcar, o wyglądzie komputerowego maniaka z filmów z lat osiemdziesiątych, co chwilę zatrzymywał swój rozwalający się samochód by wysiąść i pobrać próbkę piasku, wyglądając przy tym jakby od lat nie miał dziewczyny. Wychodził z wozu dysząc z podniecenia i grzebał paluszkiem na głębokość jednego centymetra w ziemi. Wychodziłem więc i ja, i podpatrując go próbowałem imitować jego ruchy, z podobną powagą robiąc w ziemi mały dołeczek. Po tym gdy pobraliśmy już próbki pyłu wulkanicznego i jechaliśmy dalej, Szwajcar wskazał palcem na pobliskie wzgórze, przez którego pokrywę z pyłu miejscami przebijała się lekko trawa i mówił, podskakując w miejscu z podniecenia:

-Widzisz, widzisz? Mimo takiej warstwy pyłu, trawa wciąż dała radę!

Chichotał się przy tym złowieszczo, jakby jego drużyna właśnie objęła prowadzenie. Nie ulegało wątpliwości, że ten koleś i trawa grali w jednym zespole.

Rozbiłem swój namiot u podnóża klifów, przypominających o granicy, do której kiedyś dopływała woda, i która później ustąpiła pod wpływem niezrozumianych przeze mnie, mimo usilnych starań Szwajcara, procesów geologicznych.

Ponieważ na Islandię przybyłem z letnim tylko śpiworem i prawie zamarzłem pierwszej nocy, gdy jeszcze musiałem spać w parku, na tą kilku dniową podróż Bjork pożyczyła mi swój gruby śpiwór, który kupiła za grosze w armii zbawienia, i który był tak cholernie ciepły i wygodny, że pierwsza noc na islandzkim odludziu była jedną z najpiękniejszych w moim życiu. Przed zaśnięciem otworzyłem na chwilę wejście do namiotu i leżałem na plecach patrząc w niebo, czując przy tym lekko tylko chłodny wietrzyk na mojej twarzy. Tuż obok mnie pasło się stado owiec.


Łapanie stopa na Islandii jest tak łatwe, że czasami musiałem odmawiać zatrzymującym się samochodom, by choć trochę dłużej nacieszyć się świeżym powietrzem i otaczającą naturą. Ograniczony zapas jedzenia sprawił jednak, że nie mogłem oddalić się daleko od głównej drogi i wejść w głąb lądu, gdyż podejrzewałem, że prędko bym z niego nie wyszedł. Idąc jednak ulicą urozmaicałem sobie ten marsz, nieraz schodząc z niej, dla zabawy pokonując na boso płytkie, lecz porywiste rzeki.

Kierowcy często czuli też powinność by zjechać z drogi i pokazać mi jakiś pobliski wodospad, czy jezioro polodowcowe, o istnieniu których ja oczywiście nie miałem zielonego pojęcia. Siadałem sobie wtedy gdzieś na chwilę, a oni palili fajkę dając mi czas, aż się nacieszę.

Na wschodnim wybrzeżu nieprzyzwyczajenie zwierząt do z rzadka pojawiających się w tych rejonach samochodów spowodowało, że co chwilę musieliśmy zatrzymywać się i czekać, aż jakaś odwrócona do nas tyłkiem owca zrozumie, że jest obserwowana. Nawet ptaki latały tak nisko, że wkrótce jeden złamał sobie kark o górną krawędź samochodu. Podskoczyłem w miejscu, kierowca powiedział tylko „Oh yeah, they do that sometimes”, a ja z przerażeniem oglądałem gęsty strumyk krwi walczący z wiatrem na szybie.

Im dalej na północ, tym bardziej psuła się pogoda i widoczność stawała się ograniczona. Para młodych Islandczyków wysadziła mnie przy darmowym polu namiotowym przy jakimś miasteczku złożonym z paru domków. Spędziłem tam swoją drugą noc i ta niecodzienna legalność noclegu sprawiła, że czułem się jakbym uczesany na przedziałek grzecznie siedział w kościele. Śmiałem się z siebie przed zaśnięciem i mówiłem do siebie głosikiem porządnego uczniaka.

Trzeciego dnia podróży warunki pogodowe stały się naprawdę trudne, a ja po dość długim marszu stałem na totalnym odludziu, w którym widoczność ograniczała się do paru metrów i zastanawiałem się, czy istnieje jakiś konkretny powód, przez który od pięciu godzin nie widziałem żadnego samochodu.

Wiatr się wzmagał, powietrze ochładzało, a ja z ciekawością wyczekiwałem dalszego rozwoju wydarzeń. Nie widać było nic. Gdzieś w głębi szczerego pola wydawało mi się, że zobaczyłem poroża renifera, które naraz szybko zniknęły. Siedzący we mnie mieszczuch nagle zaczął się wiercić. Nie było oczywiście realnego zagrożenia, ale dość nieoczekiwanie znalazłem się w miejscu, w którym nic nie widziałem i nic nie słyszałem, co sprawiło, że moje instynkty stały się w pewien sposób zdezorientowane i ordynarnie zacząłem panikować, a jedynym sposobem jaki znam na ulżenie sobie w podróżnych atakach paniki, jest rozbicie namiotu na poboczu i zwinięcie się w kulkę.

Stałem jednak na drodze i było tak zimno, że założyłem na gołe dłonie zapasowe skarpetki. Z oddali dobiegł mnie pierwszy od jakiegoś już wtedy czasu odgłos nadciągającego samochodu, wkrótce też dojrzałem zbliżającą się parę świateł. Dźwięk narastał, światła się zwiększały i nagle na pełnej szybkości, pięć metrów przede mną pojawiła się pokaźna terenówka. Nie zdążyłem nawet zobaczyć twarzy kierowcy, gdy już znikła w oddali. Minęła mnie o włos i serce waliło mi jak głupie. Zaraz po tym usłyszałem długi pisk. Po chwili zauważyłem czerwone światła tylnich lamp cofającego się z powrotem powoli samochodu.

Na tylnich miejscach siedziała trójka dzieciaków, z przodu rodzice. Zatrzymali się przy mnie i z otwartymi ustami cała piątka patrzyła się na mnie przerażona. Uśmiechnąłem się i pokiwałem im ręką. Wszyscy zwrócili wtedy swoje spojrzenia na skarpetkę naciągniętą na moją dłoń. Schowałem pośpiesznie ręce do kieszeni.

„Hi there!” – zacząłem, przerywając krępującą ciszę. Rodzinka szeptając naradzała się po francusku, wciąż nie przestając na mnie patrzeć. Wyglądali jakby chcieli dotknąć mnie kijem by sprawdzić czy jestem zbudowany ze znanej gatunkowi ludzkiemu materii. Tak dziwnie musiał wyglądać dla nich koleś z gitarą po środku okrytego mgłą pustkowia. Widziałem, że byli zawaleni torbami i nie wiązałem z nimi jakichkolwiek nadziei, ale cierpliwie odpowiadałem na ich pytania, tłumacząc, że „po prostu tak sobie jeżdżę”. Jeden z dzieciaków na tylnim siedzeniu był starszy, wyglądał na trzynaście lat i spytał z amerykańskim akcentem, którego zapewne nauczył się z filmów:

-Then what the fuck you need a guitar for...?

Jego matka wychyliła się z przedniego siedzenia pasażera i zdzieliła go po głowie. Uspokoiłem ją mówiąc, że pytanie dziecka nie było znowu aż tak bardzo nieuzasadnione, a dzieciakowi puściłem przymulone spojrzenie. Matczyny syndrom niedźwiedzicy u Francuzki był jednak tak silny, że nawet przez chwilę nie pomyślała, żeby zostawić mnie tam samego na drodze. Rozkazała najmłodszemu dzieciakowi usiąść na kolanach najstarszego i tym samym wszczęła chwilowe zamieszki, które niemal natychmiast też stłumiła. Naburmuszony trzynastolatek siedział ze swoim bratem na kolanach i słuchał francuskiego hiphopu ze swojego Ipoda, a ja szczerzyłem się do niego złośliwie.

Była to niemal końcówka lipca i wieczory powoli stawały się ciemniejsze. Słońce wciąż jednak nie zachodziło w pełni. Gdy z Francuzami doszedłem już do punktu, w którym nikt nie czuł presji kontynuowania rozmowy, odprężyłem się trochę i rozmarzony wpatrywałem się w krajobrazy za szybą.

Gdy rodzinka wysadziła mnie tuż przy jeziorze Myvatn był już wieczór i kłęby pary buchające z małych otworów rozsianych gdzieniegdzie po ziemi sprawiały niesamowite wrażenie. Usiadłem na brzegu niewielkiego, naturalnego, jasno błękitnego stawu, który mieszał się gdzieś z podgrzewaną przez wulkany wodą i był w sam raz ciepły. Czułem się jakbym był na innej planecie. Fakt tego, że moczyłem nogi w ciepłym stawie położonym po środku jakiegoś pustkowia był zaprzeczeniem całej mojej dotychczasowej wiedzy o świecie, w którym dorastałem, i w którym każdy naturalny zbiornik wodny był zazwyczaj irytująco lodowaty.

Wyspa postanowiła jednak nie odpuścić mi tamtego dnia i uderzyła mnie w sam środek. Jechałem starym samochodem z miejscowym rybakiem, który puszczał z kaset najbardziej offowego bluesa w historii. W aucie śmierdziało rybami, wędka co chwilę zawadzała o moją głowę, a ja miałem łzy w oczach bo było tak pięknie i zarówna ta wędka, jak i ten rybak, krajobraz, wieloryby bawiące się gdzieś w oddali zatoki miasta Akureyri- wszystko pasowało do siebie, było niezwykle spójne i wywoływało u mnie tą szczeniacką, ckliwą, tanią kontemplację nad pięknem życia. Każdy następny zakręt zmieniał pozycję lidera na liście najpiękniejszego krajobrazu jaki widziałem w życiu i gdy dojechaliśmy do Akureyri byłem już wykończony. Towarzyszący mi rybak jawił się wtedy jak najfajniejsza osoba na świecie i muszę przyznać, że z nikim mi się w życiu tak dobrze nie milczało. Słuchaliśmy chropowatego bluesa z jego przeoranych kaset, byliśmy sami jedyni na drodze i wiedziałem wtedy, że piękniej w życiu już nie będzie i była to myśl niezwykle zadowalająca.

Reykjavik nagle stał się w moich oczach molochem o niewyobrażalnych rozmiarach, jego widok pogrążył mnie w nagłym ataku socjofobii, a moje kolana były jak z waty. Przypominałem dzikie zwierzę, które ktoś nagle chciał pogłaskać.

Po powrocie do domku swoim zwyczajem poczęstowałem się tym co było w lodówce (nic nie należało do mnie), i stojąc przed kuchennym zlewem pogrążyłem się w zadumie. Odkręcając i zakręcając kurek od zlewu nie mogłem się nadziwić mechanizmowi działania kranu. Patrzyłem na to wtedy jak na ciekawostkę związaną z ludzką pomysłowością na przestrzeni wieków. Te parę dni odpoczynku od cywilizacji sprawiło, że jej wynalazki nagle znów potrafiły mnie rozbawić, tak jak bawiły mnie w dzieciństwie.

Gdy zmieniłem obiekt swojego zainteresowania i już zaczynałem rozklejać się w podziwie nad włącznikiem światła w salonie, zaalarmowana hałasem Bjork zeszła na dół i chwyciła się za głowę gdy mnie zobaczyła, nie mogąc uwierzyć, że już wróciłem.

-Cztery dni?! Objechałeś wszystko w cztery dni?! Przecież nic nie zobaczyłeś, nie mogłeś zobaczyć!

Patrzyłem na nią z przerażeniem. Miała rację. Cztery dni to za mało. Ogarnął mnie popłoch i nie wiedziałem co zrobić, szybciej niż zwykle przeszedłem też do użalania się nad sobą. Bjork uspokoiła mnie pozwalając mi wypić swoje Kokomjolk. Przyssałem się więc z uśmiechem do tego mleczka czekoladowego, a ona spytała:

- I jak ci się podobało...?

Zasiorbałem i wytrzeszczając oczy po prostu nie mogłem znaleźć słów by jej odpowiedzieć. Na widok mojej bezradnej, głupiej miny, Bjork tylko się uśmiechnęła i wiedziałem, że Islandia jest miejscem, w którym odpowiadanie na takie pytania jest opcjonalne.