-

29 maja 2012

Magiczny Ogród 3/3










Jedyne wejście do Magicznego Ogrodu było strome i zbyt niepozorne, by ktoś przypadkowy mógł uznać je za obiecujące. Pozwalało to na utrzymanie miejsca w tajemnicy. Po wdrapaniu się na górę, szło się chwilę ścieżką i już mijało się momenty, które zapowiadały coś niezwykłego; małe ołtarzyki, połączone zazwyczaj z materacem, urządzone przez ludzi, którzy chcieli mieć tu swój własny kącik. W chwili, gdy taki materac był wolny, każdy mógł wprowadzić. Tworzyłem w swojej głowie ranking, oceniając, na którym z tych z łóżek będzie mi się najwygodniej spało. Ten nagły powrót potrzeby wygody, był dla mnie zwiastunem powrotu do świata żywych, i zdrowych psychicznie. Hiszpania uczyła mnie snu na ostrych kamieniach.

W części głównej straciłem dech w piersiach, ale starałem się wyglądać na niewzruszonego. Chwalenie czegoś, co chwalone musiało być już wiele razy, zawsze wprowadza w zażenowanie. Duży napis „Jardin Magico”, witał gości. Wszystko tam było ruiną zapełnioną śmieciami, z których każdy wydawał się być potrzebnym, pięknym, ale pozbawionym jakiejkolwiek potencjalnej wartości monetarnej. Obrazy na ścianach, napisy, rzeźby, interaktywny kalendarz majów z dwóch obrotowych płyt, zajęty przez Petera i Mimi pusty basen z materacem i małymi kolorowymi piłeczkami w środku, porozwieszane wszędzie wieszaki, z przyczepionymi do nimi kawałkami lustra i kośćmi, namalowana mapa drogi mlecznej, szkielety parasoli przeciwsłonecznych, zamknięte na klucz drzwi, prowadzące do jakiegoś tajemniczego, jedynego tu pomieszczenia, szczątki samochodu wypełnione dostępnymi dla każdego ciuchami, prowizoryczna kuchnia, prowizoryczna łazienka. Wszystko tam było prowizoryczne, ale w swoim ubóstwie zrobione z takim rozmachem, że imponujące. Wszystko tam było kolorowe, w przeciwieństwie do reszty kraju, który do tamtej pory miał dla mnie kolory kurzu, i eleganckich, różowych koszul hiszpańskich macho- biznesmenów, patrzących na mnie z pogardą na stacjach benzynowych.

W tym czasie, w ogrodzie była tylko jedna osoba: odpoczywający w cieniu jakiegoś gęstego drzewa liściastego Francuz, którego włosy tylko potwierdzały moją teorię, że wszyscy Francuzi mają tę samą fryzurę. Patrzyłem na niego i myślałem: „nie układaj się zbyt wygodnie, bo jak najszybciej chcę zająć twoje miejsce”. Mądrala leżał na jedynym materacu w ogrodzie, słodko pogrążonym przez cały dzień w cieniu. Byłem gotów usiąść przy nim, i czekać aż sobie pójdzie.

Nie poszedł. Peter zrobił obiad, i nieco zamroczony udałem się z nimi na spacer po mieście. Lekko chodziło się tak bez plecaka, trochę nienaturalnie. Czułem się jak ślimak, który zrzucił gdzieś swoją skorupę, ale wciąż rozkoszował się swoim powolnym tempem przemieszczania się. Spacerowaliśmy, bez większego celu. Gdy wróciliśmy późnym wieczorem do ogrodu, Francuz wciąż był. Leżał tam, i dłubał w nosie. Bezczelnie, i ostentacyjnie. Peter i Mimi położyli się w basenie, a ja usiadłem gdzieś, wyjąłem tani, plastikowy kompas, notatnik i ołówek, i rozpocząłem bardzo skomplikowane, trudne obliczenia, które miały mi podpowiedzieć, w którym miejscu w ogrodzie najlepiej się położyć, by nie obudzić się rano w pełnym słońcu. Zadowolony z siebie spocząłem tam, gdzie według moich wykresów miałem cieszyć się długim, i niezakłóconym snem. Z uśmiechem na ustach zasypiałem. Było tak miękko, pierwszy raz od dawna.

Słońce obudziło mnie o siódmej rano, i myślałem, że umrę. Z umiarkowaną asekuracją stoczyłem się z łóżka, i doczołgałem do kuchni. Z trudem podniosłem się, i wsadziłem głowę pod kran. Nie było wody. Zastygnąłem w tej pozycji, z głową pod kranem, i niemal płacząc kręciłem kurkiem tak długo, aż odleciał. Poprzedniego dnia myślałem już, że wszystko się zmieni, że będzie już dobrze. Poczułem się jak laboratoryjny szczur, rażony prądem. Była jedna, jedyna szansa na szczęście w tamtym momencie, na coś, co uchroniłoby mnie od roztrzaskania sobie czaszki o umywalkę. Powolnie, nie śpiesząc się, spojrzałem w bok, na materac pod gęstym drzewem liściastym, i małym, rosnącym tuż obok drzewkiem, z dojrzałymi owocami granatu. Materac był pusty. Nie było ani Francuza, ani jego paczki tytoniu, co pozwoliło mi wnioskować, że nie będzie go jakiś czas. Na mojej obolałej, bez jakiegokolwiek do tej pory wyrazu twarzy, lewy kącik moich ust lekko zadrżał ku górze, i w tym samym momencie uderzył we mnie krótki, lecz silny, jednorazowy strumień czerwonej od rdzy wody, osiadłej chyba przez wiele lat w najgłębszej rurze w mieście. W stanie przedzawałowym zacząłem biegać wokół i szukać kurka, który poturlał się gdzieś w krzaki. Kran po chwili znów pogrążył się w suchotach, i nigdy więcej nie dał znaku życia. Przewróciłem się z rozkoszą na schłodzony cieniem materac, po czym usnąłem z nogami na poduszce, i rdzą w włosach.

Dni po tym upływały leniwie. Przed wyjazdem, Peter nauczył mnie grać w szachy, i zapiekać bakłażana z serem. Mimi dużo pisała w swoim notatniku. Przeglądając go natrafiłem na odrys jej małej ręki i podpis „Wurstfingers”. Zacząłem po tym tak na nią mówić. W ostatni wieczór z nimi udaliśmy się razem na wzgórza, i rozmawiając do późna siedzieliśmy wśród kaktusów oglądając usłane światełkami miasto. W chwilach wspólnej ciszy czułem, że bardzo nie chcą wyjeżdżać, i pierwszy raz uświadomiłem sobie, jak bardzo cieszę się, że zostaję.

Następnego ranka już ich nie było, basen był pusty i zostałem sam w ogrodzie. Przez parę dni w ogóle nie schodziłem do miasta. Miałem wielką butlę wody z pobliskiego kranika ulicznego i drzewo z granatami nad głową. Wciąż musiałem wyglądać marnie, gdyż liczni goście, którzy przychodzili na krótką pogawędkę, i wypalenie paru petów, patrzyli na mnie otoczonego stertami skórek od granatów, i myśleli, że w niekonwencjonalny sposób popełniam samobójstwo. Większość z tych osób pytała jednak tylko, czy nie mam rozwolnienia.

Miałem. Od miesiąca. Do jeszcze pewnego czasu po tym żyłem z przekonaniem, że wszyscy w Hiszpanii je mają, więc nie rozumiałem, dlaczego zadawano mi to pytanie. Hiszpania nauczyła mnie, że nie w każdym kraju można pić wodę z kranu.

Regularnie ktoś przychodził, rozglądał się i dziwił, dlaczego tak jak inni nie wyniosłem się na lato do jaskiń. Przedstawiono mi to miejsce jako jedną wielką imprezę. Mieszkający tam ludzie pociągnęli kablem prąd ze słupa, i przez cały czas mieli bawić się tam przy muzyce i kolorowych światłach. Zawsze kiwałem głową udając zaciekawienie, ale tak naprawdę ani razu nie byłem zainteresowany.

Innym razem impreza przyszła do mnie, wraz z grupką Francuzów, i jedną młodą Hiszpanką, która „uczyła się tańczyć flamenco”. Przynieśli ze sobą akordeon, gitarę, parę innych, dziwnych instrumentów, i jeszcze dziwniejszych butelek alkoholu. Nauczyli mnie różnicy między salsą, flamenco, i mambo, a ja nauczyłem ich jak podpalać absynt. W końcu zaczęli rozmawiać między sobą po francusku, więc rozpocząłem bardzo miłą, serdeczną konwersację z młodą Hiszpanką. Była wysoka, smukła, zgrabna, i bardzo ładna. Jedynym jej atrybutem, który mógł zostać uznanym jako wada, był obfity wąs pod jej nosem. Nie przeszkadzało mi to. Wcześniej byłem świadkiem tego, w jak ślizgi sposób obkleili ją wciąż wtedy prognozujący swoje szanse Francuzi, więc jakby odcinając się od całej tej gierki, tamtej nocy pozostałem oazą spokoju.

Wpływ alkoholu sprawił jednak, że wyjawiłem cel mojej podróży, który wprawił grupkę Francuzów w zaciekawienie. Mój cel był bardzo niedaleko. Raptem parędziesiąt kilometrów na południe od Granady. Nie wiedziałem o nim zbyt wiele, oprócz tego, że było to miejsce, do którego nic, co do tamtej pory widziałem w życiu nie było w żaden sposób podobne.

Będąc jeszcze w Barcelonie, szwendałem się w okolicach La Rambli, i spostrzegłem tą nieziemsko piękną dziewczynę, siedzącą przy fontannie z dużym plecakiem, i rozłożoną na kolanach mapą. Po wymianie paru zdań przyszedł jakiś koleś, który okazał się być jej chłopakiem. Brodatym studentem filozofii ubranym w stare, hipisowskie ciuszki, z głębokim, świdrującym wzrokiem. Oboje byli z Rumunii. On zaczął mi opowiadać o tym miejscu, społeczności, ukrytej gdzieś głęboko w górach Sierra Nevada, w południowej części kraju. Rozwodził się o wspaniałości tych samowystarczalnych ludzi, o tym, że się dzielą, uśmiechem, jedzeniem, miłością, słowem boga Shivy itd. Stałem wmurowany, i odpowiedziałem tylko „powiedziałeś, że... że dzielą się jedzeniem...?”, wciąż gapiąc się na nogi jego dziewczyny. Nie miałem mapy, więc zapisałem sobie nazwę tej miejscowości, i wskazówki, jak do niej dotrzeć, po czym odszedłem, duchem nieobecny, powtarzając w kółko po cichu, jakby z niezrozumieniem „dzielą się jedzeniem...”, i myśląc o tych nogach.

Francuzi skonsternowani głaskali się, i czesali po swoich kozich bródkach. Wymieniali ze sobą po cichu jakieś uwagi, i doszli do wniosku, że słyszeli już gdzieś o tym miejscu, i że pojadą tam jutro z rana. Spytali się też, kiedy zamierzam się tam udać.
„Trudno powiedzieć. Choć tak, też nie mogę się doczekać by być tam, i... posłuchać słowa boga Shivy!”- wybrnąłem.
Pokiwali głowami z uznaniem, i stwierdzili, że tak, że Shiva jest zajebisty. Czekałem aż sobie pójdą, i zastanawiałem się, ile łącznie poświęciłem już czasu podczas tej podróży na czekaniu, aż jakiś przedstawiciel narodu francuskiego sobie pójdzie. Tak się jakoś dziwnie składało.

Nazajutrz doszedłem do wniosku, że mój czas w Ogrodzie chyba jednak się skończył. Nie było specjalnych powodów do wyjazdu, ale jak to bywa w takich sytuacjach, wymyśliłem sobie jakieś. Poza tym, nie mogłem już patrzeć na granaty. Moje wyjście z miasta było dalekie od epickiego, i zajęło mi trochę ponad dwa dni. Najpierw pomyliłem drogę na południe. Na mapce miasta, którą dostałem w biurze turystycznym, południe nie było na południu, tylko na zachodzie, ale ktoś musiał uznać, że w taki sposób siatki ulic wyglądały bardziej schludnie. Cofałem się spory kawałek, i rozluźniony po tygodniu leżenia na materacu, byłem w męczarniach. Co chwilę odpoczywałem. W końcu doszedłem na drugi koniec miasta, i wjazd na autostradę okazał się być tragiczny, zbyt wąski, i zatłoczony, by mimo teoretycznych chęci, ktokolwiek mógł się tam zatrzymać. Siedziałem więc na małej stacji benzynowej, z wymalowaną nazwą mojej docelowej miejscowości na kawałku kartonu, który wmusił we mnie pracownik stacji, bo żal mu było na mnie patrzeć. Spotkałem autostopowicza z Polski, Krzyśka, który też nie miał szczęścia, i łamaną polszczyzną powiedziałem mu, że nie widzę w tym miejscu jakichkolwiek perspektyw, i jakoś wyszło tak, że wróciliśmy do Ogrodu. Krzysiek był w drodze powrotnej z Gibraltaru do Polski, miał kartę kredytową, więc zabrał mnie do jakiegoś baru na piwo, i tapas. Gdzieś w mieście spotkaliśmy smukłą Hiszpankę z poprzedniego wieczoru, i chwilę z nią rozmawialiśmy. Dobre to uczucie, spotkać kogoś znajomego, w tak wielkim mieście. Gdy sobie poszła, Krzysiek powiedział tylko: „ale wąsa to miała obfitego”.

Wracaliśmy do Ogrodu późnym wieczorem. Krzysiek specjalnie przed podróżą kupił sobie kamerę, by sfilmować małpy na Gibraltarze. Mnie też sfilmował przy okazji. Rankiem oprowadzałem go po Ogrodzie, i wygłupiałem się, a on to nagrywał. W końcu zdecydował się obrać alternatywną drogę na Madryt, i zostawił mi pięć euro na autobus. Zanim poszedłem na dworzec, przeleżałem parę godzin na materacu, leniwie kalkulując, o której godzinie może jechać ostatni autobus w kierunku Orgivy, i gdy w końcu się zebrałem w sobie, i doszedłem na miejsce, spóźniłem się dziesięć minut. Następny odjeżdżał rano. Zorientowałem się, że zapomniałem z Ogrodu piórka do gitary, więc zostawiłem torby w restauracji, wracałem się po to piórko prawie godzinę. Ostatni raz rzuciłem wtedy okiem na Magiczny Ogród, który tak dobrze mnie ugościł, i w którym odzyskałem spokój ducha. Gdzieś na murze leżał mój aparat, który tam właśnie zakończył swój żywot. Razem z Peterem kopaliśmy go, i rzucaliśmy o mur. Po tym, gdy przeleżał w piachu cały dzień, zaczął nagle działać, ale na krótką chwilę. Zdążyłem wsadzić nowy film, i zrobić parę ostatnich zdjęć. Spojrzałem też na samochód z ubraniami, i pierwszy raz coś mnie zastanowiło. Zmarszczyłem brwi.
„Jak, do cholery, on się tu dostał...?!”

Wróciłem na dworzec, i dokańczając w barze niedojedzone przez gości frytki, czekałem na autobus nr 14, który miał mnie zabrać na zbocza gór Sierra Nevada, blisko miejsca, które miało okazać się być najdziwniejszym, w którym kiedykolwiek byłem.









Magiczny Ogród /2


Mimi i Peter
  Moje postępujące urojenia psychiczne sprawiały, że nie chciałem z nikim rozmawiać. Wyobrażałem sobie, że żyję w średniowieczu, i powoli, od kreski do kreski, przerabiałem kontury otaczających mnie ulic i ludzi. Gdy podszedł do mnie klosz z jakimiś dwoma dzieciakami, zastygłem w niewzruszonym uśmiechu. Podczas gdy on wskazywał palcem na moją gitarę, tańczył, i udawał że gra w powietrzu, ja uśmiechałem się, leżałem na ławce, i wyobrażałem sobie, że jestem Rolandem. Gdyby koleś sięgnął jednak po moją torbę i zaczął uciekać, doskoczyłbym do niego w parę sekund. Hiszpania uczyła mnie braku zaufania do ludzi.

Towarzysząca mu para nastolatków trzymała się z tyłu. Widać było, że relacje wiążące ich z tym dziwnym, pochłoniętym w mówieniu do mnie panem, były raczej niezobowiązujące. Jak się później okazało, miał im on załatwić trawkę. Nie załatwił. Nazywali się Peter i Mimi, byli z Austrii, i podróżowali, trochę jak ja, ale inaczej. Nie mieli ze sobą plecaków, i wytłumaczyli mi, że mieszkają w miejscu nieopodal, gdzie każdy może zamieszkać, i zostawić tam plecak. Pomyślałem, że zwariowali, i zrobiłem wokół nogi jeszcze jedną pętle ramieniem mojej torby.

Mówiąc o tym miejscu, sprawiali jednak wrażenie podekscytowanych w sposób znany tylko osobom, które przypadkiem weszły w posiadanie jakiejś naprawdę wartościowej tajemnicy. Byłem zmęczony, ale nie na tyle by nie zostać zaintrygowanym niemożnością opisania przez nich wspaniałości miejsca, które każdy, a nawet ja, może uczynić swoim domem. Powiedziałem, żeby mnie tam zaprowadzili.

Jak się szybko okazało, Peter i Mimi, czuli się całkiem dobrze, jednak podróż autostopem z Austrii do Granady, która to podróż była ich pierwszą, i dla nich okazała się na tyle wyczerpująca, że zabukowali sobie tani samolot do domu. Po drodze, w dramatycznych momentach pomagali sobie autobusami, co wieczór jedli ciepłe posiłki. Oni trzymali fason, gdy tymczasem ja oglądałem na niebie latające, fioletowe jednorożce.

Peter był obiecującym dzieciakiem. Prowadził dziennik, do którego wkładał znalezione rośliny, i skrupulatnie je opisywał. Na zmianę z Mimi, drobnym maczkiem zapełniali kolejne kartki historiami, które im się przytrafiły. Jak się później okazało, był też wspaniałym kucharzem, jednym z tych drobnych podróżniczków, którym chce się wozić ze sobą te malutkie butle z gazem, i garnki. Patrzyłem na nie jak idiota, zastanawiając się, co musiałoby się stać strasznego w moim życiu, bym kiedykolwiek spakował takie coś do plecaka.

Mimi była trochę marudą. Co chwilę przystawała, i drapała ugryzienia komarów na nogach. Gdyby nie Peter, prawdopodobnie poślizgnęłaby się na piasku. Przekonałem się jednak do niej, i jej niezdarności, a ona w zamian dała nam bezgraniczną cierpliwość, wtedy gdy Peter wyjmował z zeszytu jakiś nadgniły liść, i opowiadał jej o jego właściwościach, a ja patrzyłem tępo w jakąś nieatrakcyjną przestrzeń, zaabsorbowany głosami w mojej głowie. Spędziliśmy razem kilka dnia. Dzięki im, zamieszkałem w Magicznym Ogrodzie.


Magiczny ogród /1





Będąc w Granadzie, przez blisko tydzień żyłem w magicznym ogrodzie, miejscu położonym w centrum miasta, do którego wejście jest tak niezauważalne, że nie możliwe jest dotrzeć tam samemu. Trzeba zostać wprowadzonym. Z jednej strony zamaskowany wysokim murem, po drugiej stronie którego, nieco wyżej, lecz nie na tyle by wychylić się i spojrzeć w dół, szumiał turystyczny popłoch, wolnych spacerów z mapą w ręku, i monet brzęczących w kieszeniach. Na północ rozciągał się widok na wzgórza, i małe, ciemne otwory ukrytej w nich sieci jaskiń. Co jakiś czas tylko jawiły się w nich lekko zarysowane kształty ludzi, którzy w lato przeprowadzali się tam, tymczasowo opuszczając magiczny ogród, by choć na chwilę uciec przed słońcem.

Przez blisko tydzień żyłem w magicznym ogrodzie, i przez większość czasu, nie wliczając nielicznych gości, żyłem w nim sam.

W ten leniwy dzień mojego wprowadzenia do ogrodu, leżałem na ławce, w jednym ze spokojniejszych placyków w Granadzie, i wpatrywałem się w liście rosnącego obok drzewa pomarańczowego, pragnąc, by w czasie, w którym gdy na chwilę zamykałem oczy, wydało ono owoce. Co chwilę oślepiały mnie prześwitujące gdzieniegdzie promienie słoneczne.

Na tym etapie, Hiszpania zdążyła mi już dać w kość, i powoli przystosowywałem się do jej nieprzewidywalnego rytmu. Znaczy to tyle, że byłem bardzo wychudzony, i głód przestawał mi już przeszkadzać. Na drzewie wisiała wypełniona czymś tajemniczym reklamówka, powolnie bujająca się na wietrze. Mrużyłem oczy, i marzyłem o tym co mogłoby być w jej środku. Daleki byłem od tego, by wstać i to sprawdzić. Hiszpania uczyła mnie cierpliwości.

O tej porze dnia, siesta jeszcze bardziej spowalniała ruch w małych uliczkach, usprawiedliwiając się parującym powietrzem, i śmierdząc potem. Co jakiś czas tylko, pół-nagie postaci wychylały się leniwie zamykając drewniane okiennice. Odpoczywałem. Przez połowę czasu nie byłem świadomy tego gdzie jestem, i co się ze mną dzieje. Gdy zamykałem oczy, widziałem w nieostrości szczury, które sprawnie balansowały po krawędzi płotu, wtedy gdy w Barcelonie leżąc na wznak w otwartym namiocie, obserwowałem gwiazdy. Nie czułem już bólu głowy incydentu na parkingu pod Tarragoną, gdy zdezorientowany udarem słonecznym przewróciłem się, i zaśliniłem między ciężarówkami. W miejscu, w którym kiedyś miałem żołądek, teraz znajdowało się coś o rozmiarach orzecha włoskiego. Mrużyłem oczy, pocierając je na zmianę, i oglądając jaskrawe kolory, które tworzyły się pod moimi powiekami. Czułem się niezniszczalny.


Problem z Bjork






Martin zwykł przychodzić do nas i wyciągać mnie na schodki przed domek by zapalić parę papierosów i po to, jak mówił, by posłuchać paru „ciężkich piosenek”. Nie mieszkał z nami, ale często nas odwiedzał. To on mojego drugiego dnia na Islandii zaprosił mnie na obiad i pozwolił rozbić namiot w ogrodzie nie wspominając o tym, że to nie jest jego ogród, i że to nie on będzie gotować. Właśnie tak zamieszkałem w domku przy ulicy Lindergata.

Nie byłoby prawdą gdybym powiedział, że spędzał u nas bardzo dużo czasu, choć nikt z nas nie miał by wcale nic przeciwko. Często do nas przychodził, ale jego wizyty były krótkie. Richard śmiał się, że Martin wpadał, pytał się kogoś czy może pożyczyć mu ręcznik, brał prysznic, przychodził do salonu, nastawiał smutne piosenki na głośność o wiele większą niż ta tolerowana przez Richarda, i wychodził. Martin robił jednak niespodzianki. Czasami rankiem gdy otwierałem swój namiot w szary, lekko deszczowy dzień, Martin czekał na mnie z papierosem. Wiedziałem wtedy, że Bjork nie ma w domu.

Martin w komunikacji z innymi ludźmi stawiał swoje myśli na pewnym wysokim poziomie szczerości, a to zawsze jest tańcem na linie, tańcem, który Szwajcar niezwykle dobrze opanował, odznaczając się w myślach swych oryginalnością, świeżością, i pozostając przy tym najbardziej tajemniczym gościem na świecie. Bjork była najfajniejszą dziewczyną w Reykjaviku. Martin kochał Bjork, a Bjork kochała pisanie.

Mając na myśli słuchanie „ciężkich piosenek”, Martinowi chodziło o siedzenie w milczeniu na brudnych schodach przed domem przy dziwnych utworach i obserwowanie mojej reakcji. Przez cały czas trwania jakiegokolwiek kawałka, jego lekko powiększone za ogromnymi zerówkami oczy wpatrywały się we mnie szukając mojej aprobaty. Kiwałem więc głową z uznaniem, a Martin uśmiechał się szczęśliwy.

Pewnego razu, gdy Bjork wróciła do domku, zastała nas właśnie w takie sytuacji i powiedziała:

 „Oh, COME-ON, you guys always sit here listening to these depressive songs, and do nothing except smoking tons of cigarettes.”

Poczym usiadła między nami i oparła głowę na moim ramieniu. Wcześniej kiwałem się wprzód i wtył, ale w tamtym momencie przestałem. Problem z Bjork polegał na tym, że była ona jedną z tych „fizycznie przyjacielskich” osób. W jej świecie normalnym było położenie swojej głowy nawet w czyimś kroczu, i gdyby taka osoba nagle postanowiła ją pocałować, Bjork oburzyłaby się, i powiedziałaby, że ona „po prostu lubi trzymać głowę w czyimś kroczu”. Nie mniej, nie więcej.

5 maja 2012

Paula i Karol






-Lubię to uczucie, gdy idę na koncert mało znanych zespołów i gdy któryś mi się podoba, kupuję jego płytę, rzucam ją potem gdzieś w kąt, odsłuchuję po paru miesiącach, i z miejsca staję się ona moją ulubioną płytą.
Martin zawsze umiał ubrać w słowa to co ja miałem na końcu języka. Ponieważ była to dla mnie niezwykle aktualna myśl, a islandzkie powietrze sprzyjało opowieściom, zwłaszcza tam, tuż przy brzegu oceanu, na schodkach domku, w którym przyszło mi zamieszkać już drugiego dnia pobytu w Reykjaviku, opowiedziałem mu o zespole Paula i Karol, na którego występ wybieraliśmy się wieczorem.

Parę miesięcy wcześniej w Łodzi poszedłem na koncert zespołu kolesia z którym chodziłem do liceum, ale z którym nigdy tak naprawdę nie gadałem, bo pewnie nie lubiłem go za jakiś drażniący mnie szczegół. Jego nowy zespół dość szybko zaczął zwracać na siebie uwagę, a ponieważ nie miałem tak naprawdę nic lepszego do roboty i już wcześniej doszedłem do wniosku, że częściej powinienem brać udział w takiego rodzaju spendach, czyli słuchaniu muzyki na żywo, postanowiłem, że przejdę się ich posłuchać. Kupiłem bilet na miejscu.

Dotarłem spóźniony na pierwszy z trzech zgłoszonych zespołów. W przejściu spotkałem tamtego kumpla, uścisnęliśmy sobie dłonie i w czasie krótkiej rozmowy przypomniałem sobie, że wkurza mnie w nim więcej niż tylko jeden szczegół. Zrobiłem taki gest dłonią jakbym przypomniał sobie o czymś co muszę zrobić, nie próbując nawet udawać, że wszystko zmyśliłem i wszedłem na salę koncertową.

Na scenie grał jakiś folkowy duet z Warszawy. Nigdy o nich nie słyszałem i podejrzewam, że to samo można było powiedzieć o wszystkich tam zebranych ludziach. Cała czterdziestoosobowa widownia szczelnie przykleiła się do wszystkich trzech ścian pomieszczenia, tak jakby członkowie zespołu roznosili jakieś zarazki. Wcisnąłem ręce w kieszenie i usiadłem na środku sali. "Przynajmniej mam dużo miejsca, żeby wyprostować nogi"- pomyślałem.

Po dziesięciu minutach tonąłem w łzach. Mogłem utonąć już po pięciu, ale wtedy trzęsąc się wmówiłem sobie, że istnieje prawdopodobieństwo złudzenia spowodowanego małym, a nawet żadnym zainteresowaniem z mojej strony ostatnimi czasy muzyką graną na żywo. Nie wiem gdzie mnie wtedy zaprowadzili swoją grą, ale było to na tyle radosne miejsce, że po koncercie zabuliłem im dychę za EP-kę. Wróciłem do domu, ale ponieważ mieszkałem wtedy w dziurze, w której nawet nie było prądu, nie mogłem włączyć płyty. Rzuciłem ją w kąt i zapomniałem o Pauli i Karolu.

Parę dni przed wylotem na Islandię znalazłem ich płytę w jednym z kartonów i postanowiłem dać jej szansę, przypominając sobie, że było to całkiem wesołe granie i podejrzewając, że musiałem być w bardzo złym stanie emocjonalnym, jeśli mogło mi się ono spodobać. Włączyłem ją i moja twarz zbladła- "cokolwiek się ze mną działo, nie minęło". Pięciu piosenek znajdujących się na ich EP-ce, słuchałem w kółko, aż do chwili wyjazdu, kiedy to szklanymi oczami żegnałem się z tym krążkiem. Nigdy nie zabieram ze sobą w podróż płyt, ani odtwarzaczy muzycznych. Smutno mi było, a najbardziej bałem się, że zapomnę melodii którejś z piosenek i nie będę mógł nucić jej pod nosem. W ostatniej chwili z ciekawości zajrzałem na ich stronę internetową. W planach koncertowych tego małego, stołecznego zespołu byty tylko dwa występy, jeden gdzieś w jakiejś wiosce pod Warszawą, a drugi w... Reykjaviku.

-I w ten sposób Martin, dziś wieczorem idziemy na ich koncert- zakończyłem z dumą.
-Ah tak, Paula i Karol, wpadają do nas jutro na obiad.
-...?
-Spotkałem ich dzisiaj jak rozdawali ulotki w mieście, zaprosiłem ich jutro na obiad, zgodzili się. To bardzo mili ludzie, wiesz...?

Koncert odbywał się w sali koncertowej małego klubu, do którego zwykliśmy chodzić wieczorami. Tego dnia również wybraliśmy się wszyscy: Bjork, Daniella, Martin, Phillip, Katha i ja. Kucając pod stołem już przed sceną spotkałem potem Bergthorę, u której w ogrodzie jadłem bardzo dziwne rośliny poprzedniego dnia. Zaśmiała się tylko swoim sposobem i przeszła gdzieś na kolanach, między nogami ludzi. Chwilę wcześniej poznałem Karola. Rozmawialiśmy parę minut, bardzo swobodnie, luźno. Przypomniałem mu o zaproszeniu Martina, dodając, że mieszkamy razem. Karol obiecał, że wpadnie, ale dziwnie się poczułem w tamtym momencie. Przypominało to trochę pijacką ofertę i równie pijacką obietnicę. Nie wiedziałem jak mieliśmy odnaleźć się na drugi dzień, ale głupio mi było pytać, skoro Martin to wszystko organizował. Po za tym nie miałem nawet pieniędzy na worek ziemniaków, więc jak mogłem zaprosić kogokolwiek na obiad! Machnąłem na to ręką i chwilę później usiadłem obok Bjork i Martina pod sceną.

Koncert był świetny. Karol grając pierwszą piosenkę zauważył Martina i mnie i szeroko się do nas uśmiechnął, co nie musiało wcale być takie oczywiste, bo Paula i Karol uśmiechali się szeroko przez cały koncert. Gdy skończyli grać ostatni bis, wyszliśmy na zewnątrz. Było już późno, ale przecież słońce w lipcu na Islandii nigdy w pełni nie zachodzi. Dzień miał przynieść jeszcze wiele wydarzeń, o których wtedy jeszcze nie mogłem wiedzieć. Czerwone wino z Bergthorą na ogromnym statku w stoczni, widok na zatokę, krew na platformie do odławiania wielorybów, zmiana towarzyszki, wspólne improwizacje w pewnym obskurnym hangarze, poparte ogromnym zauroczeniem do pewnej Czeszki, późną nocą spacer razem z nią pustymi ulicami w kierunku sekretnego przyjęcia, zmęczony śmiech Bjork w kuchni o piątej rano. Słońce w lipcu na Islandii nigdy w pełni nie zachodzi.

Od rana dąsałem się. Nie mogłem nigdzie namierzyć Martina by wypytać się go o ten obiad. Paula i Karol mieli niedługo grać akustyczny koncert, całkiem niedaleko. Rozejrzałem się po mieszkaniu. Krajobraz pobitewny. Nic nie miało sensu. Wstałem i zostawiając to wszystko, poszedłem kopać kamienie na ulicy. Myślałem o pięknej Czeszce z nocy wczorajszej.

Przeszedłem się te parę ulic, by jeszcze raz posłuchać, nagle problematycznego folk duo. Trzymając ręce w kieszeni, stałem w miejscu przez cały koncert, parę razy odwzajemniając skierowany w moją stronę uśmiech Karola. Jeszcze bardziej nadąsany wróciłem do domu. Wszystko lśniło, a w kuchni Martin razem z Daniellą i Bjork robili sałatki i ogólnie kupę żarcia.

-Co się dzieję...? – zapytałem.
-Robimy obiad, pamiętasz?

-Okej, posłuchajcie. Szczerze mówiąc, wątpię żeby oni przyszli. Wiecie jak to jest. Jak chcecie na nich trafić? Wiecie gdzie oni w ogóle są? Daliście im adres?
-Mam numer telefonu do Pauli. -odchrząknął obojętnie Martin.
-Paula dała ci swój numer telefonu...?

-Tak... Właściwie wiesz co? Moglibyśmy ciebie o coś prosić? Skoczyłbyś na wzgórze odebrać ich, umówiłem się tam z nimi za pól godziny, więc mógłbyś ich przyprowadzić...?

Parę chwil później kierując się już ze wzgórza do naszego domku, Paula śpiewała mi cicho moją ulubioną piosenkę z ich repertuaru i nagle przypomniało mi się, że parę dni wcześniej siedziałem na ławce w parku, nikogo nie znając, i nie mając grosza przy duszy. Chyba wszyscy tamtego lata, w tamtym miejscu, mieliśmy takie uczucie jakbyśmy byli w centrum wszechświata. 







4 maja 2012

Problem z Jossephine




Problem z Jossephine był taki, że wbrew ogólnie przyjętemu przekonaniu o temperamencie i otwartości szwedzkich dziewczyn, ona pozostawała oziębła i fizycznie niedostępna. Było to faktycznie dla niej wielce problematyczne, biorąc pod uwagę jak powszechne w Reykjaviku jest dawanie sobie uścisków, będących tylko częścią większego mechanizmu kultury niezobowiązującego kontaktu fizycznego. Grałem na gitarze na ulicy i całe grupki zatrzymywały się, mówiąc „Come on, give us a hug”, i wszyscy przytulali się do siebie.

Joss ignorowała takie zachowania pozostając powściągliwą, więc pewnego dnia postanowiłem przeprowadzić test. Byliśmy w kuchni i stanęliśmy od siebie w odległości dwóch metrów. Powiedziałem Joss, że powoli, stopniowo będę się przybliżać, a ona powie mi dokładnie w którym momencie przestaje czuć się komfortowo. Musiałem dać jej chwilę na rozluźnienie się i zrelaksowanie, po czym małymi, powolnymi krokami przybliżałem się do niej, jak mantrę po cichu powtarzając „...let your horny swedishness take control over you…”. Gdy byłem już wystarczająco blisko rozpostarłem ramiona i jeszcze jej nie obejmując na chwilę zastygłem w tej pozycji. Joss już wtedy miała wytrzeszczone oczy, przygarbiła się i najeżona wyglądała jak mysz, zapędzona przez kota w narożnik i niemająca odwrotu. Jak tylko nawiązałem z nią kontakt fizyczny dotykając łokciem jej ramię, Joss krzyknęła i uciekła na górę do swojego pokoju. 

3 maja 2012

Estońska chandra



Po tym, gdy w jedną sobotnią noc w Reykjaviku grałem na ulicy przez pięć godzin tytułowy kawałek z filmu „Dead man” i zarobiłem na nim fortunę, mogłem polecieć samolotem do Oslo, a po paru dniach stopowania wciąż miałem w kieszeni wystarczająco dużo pieniędzy, by starczyło mi na prom ze Sztokholmu do Tallina, i tanie ruskie fajki na pokładzie.

Minęły dwa miesiące od kiedy byłem w drodze i czułem to w ciężarze każdej mojej myśli, nawet jeśli ponad miesiąc z tego upłynął mi na leżeniu w rozkładanym fotelu i okularach przeciwsłonecznych przed naszym domkiem w Reykjaviku i paleniu fajek. Byłem zmęczony, potrzebowałem struktur. Islandia znów pozostawiła po sobie czekający wtedy wciąż na identyfikację dobytek emocjonalny, który skutecznie zdołał rozkojarzyć mnie na tyle, bym przejechał przez Norwegię i Szwecję w ogóle nie zwracając na nic uwagi.

Po wyjściu z metra, biegłem do portu i zdążyłem do okienka dosłownie na ostatnią chwilę, gdy już mieli zamknąć bramkę. Okazało się, że nie mam wystarczająco dużo pieniędzy na bilet do Tallina. Gość w garniaku za szybką podał cenę, wyglądając przy tym całkiem poważnie. Spojrzałem mu głęboko w oczy, i zaproponowałem jej obniżenie. Bycie w drodze nauczyło mnie nieskrępowanej bezczelności, ale to było jak targowanie się w kiosku o bilet autobusowy. Koleś myślał, że zwariowałem. Ja myślałem, że zwariowałem. Z jego rozbawienia wyczytałem, że nikt nigdy nie próbował z nim negocjacji cen. Zainteresowany taką anomalią zaczął coś stukać na klawiaturze, udając zmartwionego i strojąc miny. Zniecierpliwiony w końcu spytałem:

-I co, starczy, czy nie?
-Starczy. Co więcej, wygląda na to, że zostanie ci sporo szmalu.

Sprzedał mi bilet uwzględniając wszystkie zniżki, zaczynając od ulgi dla pobliskiego klubu rybackiego i kończąc na upuście dla posiadaczy karty stałego klienta zaprzyjaźnionej sieci taksówek. Często w swoich podróżach spotykałem się z tego typu bezinteresownością i jakkolwiek w każdej z tej sytuacji łzy napływają mi do oczu ze szczęścia, to najczęściej chowam się za powściągliwością, gdyż jedną z wielu rzeczy jakich nauczyła mnie podróż jest sposób, w jaki należy dziękować drugiemu człowiekowi. Nieraz widywałem ludzi, którym odwala gdy są komuś wdzięczni i zaczynają skakać w miejscu, gestykulować, płakać, i dziękować w nieskończoność. Gdy gość podsunął mi bilet wyraźnie zadowolony z siebie, spojrzałem mu intensywnie w oczy, i po chwili tylko skinąłem głową. On też skinął, jakby mówił „nie ma sprawy stary”. Odwróciłem się powoli, przez sekundę jeszcze nie przerywając linii spojrzenia i poszedłem w swoją stronę. To było właśnie jedno z tych pełnych zrozumienia kowbojskich podziękowań.

Na pokładzie nie wszystko do siebie pasowało i miałem to uczucie, jakby coś wisiało w powietrzu. Kelner w barze, u którego kupiłem fajki miał dziwny akcent. Stojący obok mnie koleś miał krótką grzywkę, przyczesaną równo nażelowanym grzebieniem. Jego starszy kolega miał na gardle bliznę od noża.

„Rosjanie...”- pomyślałem, i nie myliłem się. Cały statek był zawalony Ruskami, kupione przeze mnie fajki miały Ruski napis, wszędzie słyszałem Ruski język i wszystko to złożyło się na jedną, wtedy całkiem smutną myśl, co do której nawet geografia nie pozostawiała wątpliwości. Po dwóch miesiącach opuszczałem Skandynawię.

Zwlekałem z pójściem do kajuty, wyobrażając sobie, że będzie to ciasne, zadymione pomieszczenie, w którym przez całą noc czterech nawalonych Rusków będzie grało w karty. Szwędałem się więc po statku, stałem też długo na pokładzie. Był początek września, jeszcze ciepłe powietrze przypominało mi o tym, że to co kiedyś było początkiem szkoły, teraz wciąż było jednym dodatkowym miesiącem wolnego. Nie mogłem jednak oprzeć się wrażeniu, że wakacje się skończyły. W każdej podróży jest taki moment, kiedy ta myśl pojawia się spokojnie, nie spotykając nawet żadnych oznak sprzeciwu. Patrzyłem tylko jak statek manewruje między małymi wysepkami i pożegnałem się z krajem, o którym nie dowiedziałem się więcej niż to, że ma najpiękniej brzmiący język na ziemi.

Rzuciwszy tylko przez chwilę okiem na wnętrze kabiny po pierwszym otworzeniu drzwi, zamknąłem je natychmiast gwałtownie i musiałem się uspokoić. Ponownie wsunąłem kartę, zapaliła się zielona lampka, i stojąc w rozkroku w drzwiach tego eleganckiego apartamentu pierwszy raz od dawna poczułem jak bardzo śmierdzę. Byłem w nim sam i zważywszy na paru godzinną zwłokę z przyjściem tam, wnioskowałem, że sam w nim pozostanę. Cóż, mało wiedziałem, ale z błędu miałem zostać wyprowadzony dopiero parę godzin później.

W kabinie były cztery łóżka, łazienka, prysznic, telewizor odbierający szwedzką telewizję i mający podgląd tego, co dzieje się w różnych miejscach statku, w tym teatrze, kasynie, i barze. Przygasiłem światła tak, by były przyjemne dla oczu, rozebrałem się do naga, i położyłem na pachnącym, białym prześcieradle. Zanim się wykąpałem, przypomniałem sobie, że skończyła mi się pasta do zębów, więc ubrałem się z powrotem, zszedłem na dół do Free Tax Shopu i ukradłem ją. Wróciłem na górę, wykąpałem się, włączyłem klimatyzację, i nago oglądałem w telewizji Jamesa Bonda.

Gdzieś w połowie filmu usłyszałem jak ktoś wsadza kartę do zamka, więc przykryłem się kołdrą myśląc, że wreszcie ktoś skapnął się, że przez przypadek dali mi apartament prezydencki. Do kabiny wszedł wtedy największy Rusek jakiego w życiu widziałem. Był łysy, gruby, i posępny. Spojrzał na mnie, spytał tylko:

-Anglik?
-Polak.

Pokiwał głową, rozebrał się do gaci, wyłączył klimatyzację, i padł na łóżko po przeciwległej stronie kajuty. Zanim zaczął chrapać, zdążył zasmrodzić wszystko zapachem spirytusu kaszląc tak mocno, że na jego długich, rosnących na karku włosach pojawiły się krople potu. Gdyby przedtym zechciał mnie zamordować i rzucić moim ciałem przez okno w głębiny morza, trop po mnie urwałby się gdzieś w Oslo.

Po kilkunastu minutach, ten japoński skurczybyk
nigdy wcześniej nie grający na gitarze rozpracował
już większość chwytów,
i zaczął przymierzać się do Sonaty Mozarta.
Poszedłem się przejść, popatrzyłem trochę na twarze ludzi w kasynie i posłuchałem grającego do kotleta zespołu z Estonii, z ładną dziewczyną na wokalu. Grali znane i lubiane hity, więc z czasem dwie Rosjanki przy kości ruszyły w taniec. Dołączył się do nich nawalony Rusek w dresie i nie potrafił zrozumieć dlaczego dziewczyny nie czuły się komfortowo gdy wieśniacko zaczął się o nie obcierać. Patrzyłem na to wszystko i byłem nieobecny. Przypomniałem sobie wtedy, że nie jadłem od paru dni, i od kiedy przestałem już odczuwać głód, wiedziałem, że trzeba coś zjeść, więc postanowiłem pomyśleć o tym rano i poszedłem przespać się parę godzin do kajuty.

Gdzieś w tym czasie prom miał przystanek na należących do Finlandii Wyspach Alandzkich, a gdy obudziłem się, zostały tylko dwie godziny do zacumowania w porcie w Tallinie i spiker w głośniku zapraszał na śniadanie do restauracji tych, którzy opcję śniadaniową sobie wykupili. Rusek też już nie spał i drapał się głośno po tyłku. Ubrałem się w śmierdzące ciuchy i wyszedłem poszukać czegoś do jedzenia. Obaj pasowaliśmy tam jak świni siodło.

W restauracji panował chaos, który dla procedury zdobywania jedzenia zawsze jest sprzyjającym czynnikiem. Po obu stronach wejścia ustawiły się dwie kolejki do rejestracji i przydzielenia stołu. Obserwowałem to wszystko trochę z boku, starając się przy tym nie rzucać się w oczy. Po tym gdy wyciągnąłem swoje wnioski dotyczące kompletnego braku determinacji ludzi z obsługi w potencjalnym powstrzymaniu oszusta takiego jak ja przed zjedzeniem darmowej kanapki, wsadziłem ręce w kieszenie i spokojnym krokiem wszedłem do restauracji, nie nawiązując przy tym z nikim kontaktu wzrokowego, po czym stanąłem, rozejrzałem się wokół wyglądając przy tym potulnie jak baranek, i wziąłem talerzyk ze stosu. Był szwedzki stół, a na nim kompletnie wszystko: chleb razowy, biały, tostowy, warzywa, owoce, sery, jajka, sałatki, surówki, świeże soki, kawa, herbata, jogurty, no po prostu szaleństwo. Gdy skończyłem, kręciło mi się w głowie. Zrobiłem sobie też dużo kanapek na później. Jak już wychodziłem zaczepiła mnie kelnerka. Byłem tak najedzony, że nagły skok adrenaliny sprawił, że prawie zemdlałem. Spojrzałem na nią blado, a ona z uśmiechem spytała się, czy nie zapakować mi kanapek w serwetki i nie włożyć ich do woreczka.

W Estonii przez cały czas towarzyszył mi ten konflikt, który podpowiadał mi, że jest to ciekawy kraj i pokazywał obszary zwykle obdarzane zainteresowaniem przez moją szeroko rozumianą ciekawość otaczającego mnie świata, i który sprawił, że wtedy, nie byłem zainteresowany niczym. Resztkami sił starałem się lekko tylko palcem wskazującym popychać sprawy do przody. Nie jestem do tego przyzwyczajony. Zazwyczaj w moich podróżach wszystkie najlepsze historie i przygody zaczynały się przy moim totalnym braku zaangażowania w ich stworzenie. Przyzwyczaiłem się, że to ludzie do mnie podchodzą i wprowadzają mnie w centrum swojego wszechświata. W Tallinie widziałem ogromny potencjał, dlatego raz jeden, przed końcem mojej podróży miałem ochotę na jakiś nieoczekiwany zwrot wydarzeń. Rozmawiałem z wieloma ludźmi, spotkałem innych autostopowiczów, poznałem lokalnych młodych ludzi, studentów, z którymi grałem na gitarze na głównym placu miasta. Z wszystkimi nimi rozmawiałem i śmiałem się, ale nic dalej z tego nie wynikało. Tak jakby to też oni mieli jakąś wewnętrzną świadomość i chcieli mi nieskromnie zasugerować „No hmm, wiesz, śmiesznie jest, ale wakacje się skończyły.”

Jedną wielką prawdą na temat podróży jest to, że czynią człowieka interesownym. Rozmawiam z poznanym dopiero co człowiekiem i zastanawiam, czy ma papierosa, czy ma w plecaku jakąś kanapkę, czy zaprosi mnie do siebie, czy zjem kolację z jego rodziną, czy zapalimy po niej jointa, czy poznam jego przyjaciół? Straszna pazerność, na jedzenie, na pieniądze, najczęściej też na przygodę. Pazerność, która to właśnie popycha wszystko do przodu, i która w Tallinie była bezradna wobec nadciągającej już jesieni.

Nastał zmrok, poznani wcześniej autostopowicze z Niemiec postanowili pojechać autobusem za miasto by rozstawić tam namiot, bo słyszeli, że policja w Estonii jest bardzo surowa w tej kwestii. Pokiwałem głową ze zrozumieniem. Gdy odeszli rozejrzałem się leniwie wokół i dokładnie wiedziałem, w których krzakach rozbić namiot by było bezpiecznie. Ta zaradność sprowokowała mnie wtedy do największego w moim życiu zwątpienia w dalszy sens mojego podróżowania.

Leżałem w namiocie i łudziłem się, że ta dziwna apatia, która mnie ogarnęła jest tylko zmęczeniem po dwóch miesiącach życia pozbawionego jakiegokolwiek porządku i struktur, ale gdzieś pod skórą czułem gorzką prawdę. Przypomniałem sobie moją pierwszą podróż, to jak rozbijałem gdzieś namiot w centrum Dubrovnika, leżałem w środku i chichotałem się zadowolony z siebie, tak jakbym znał plany zniszczenia wszechświata. Teraz wiedziałem już gdzie rozbić namiot, i było to dla mnie niczym więcej, jak mało ekscytującą rutyną. Musiałem stawić czoło prawdzie: pewna formuła podróży już się dla mnie wyczerpała, i będę musiał wzbogacić ją o jakieś nowe elementy, lub całkowicie przeorganizować. Tak sobie wtedy głupio myślałem.

Stare miasto w Tallinie ma ten niesamowity średniowieczny klimat i oczywiście stara się na nim zarobić jak tylko może, pozostając przy tym o dziwo wiarygodnym i znośnym do stopnia, w którym mrużyłem oczy, czerpiąc przyjemność z wyobrażania sobie, że mam na sobie rajtuzy i trzewiki, a nad miastem latają smoki. Wszędzie w powietrzu unosił się zapach piernika. Musi to być świetne miejsce do studiowania i jeżdżenia na rowerze do swoich przyjaciół. Pragnąłem zawiązania głębszej relacji z tym kameralnym miastem, które w swoim kraju wciąż jest największe i najważniejsze, podobnie jak Reykjavik dla Islandii. Nie wiedząc czemu, odnajduję siebie w takich proporcjach. Deszczowy, podły poranek, po równie co podłej nocy nie pozostawiał jednak wątpliwości- czas było wracać do domu.

Po paru stopach później siedziałem na małej, zapomnianej stacji benzynowej, leżącej przy głównej drodze prowadzącej przez Łotwę aż do Polski, i otoczonej lasem ze wszystkich stron. Na dziurawym parkingu stały dwa polskie tiry, z dwoma największymi idiotami jakich spotkałem w życiu, z których jeden zadeklarował się, że mogę z nim jechać jeśli wstanę o szóstej rano. Na szosie był mały ruch, więc nie miałem wyboru. Razem z malutkim sklepikiem, w którym płaciło się za benzynę, połączona była restauracja, z pustymi pułkami, i paroma drożdżówkami w lodówce. Wszystko to obsługiwały chyba tylko dwie osoby. Wyszedłem na zewnątrz i usiadłem przy drewnianym stoliku. Była godzina 20, ściemniało się, a ja miałem dziesięć godzin do odjazdu i absolutny brak perspektyw na jego przyśpieszenie, lub znalezienie jakiegokolwiek umilacza czasu. Nie wiedziałem wtedy jeszcze, że za chwilę miałem poznać człowieka, przez którego nie zdążę na tira o szóstej rano, i który przywróci mi całą wiarę w podróżowanie.

„Pieprzona estońska chandra”- zakląłem i zacząłem lekko uderzać czołem o stół. Wcześniej wypaliłem już ostatniego papierosa z paczki. Pani z restauracji zalała mi wrzątkiem moją herbatę, i przyniosła mi ją na zewnątrz. Mówiła trochę po angielsku. Nie mogła się nadziwić mi, i drodze, którą przebyłem, a niemogąca mi się nadziwić osoba, była zwłaszcza wtedy niepotrzebnym w moim świecie elementem wpędzającym mnie w jeszcze większe przygnębienie. Nie chciała jednak żadnych pieniędzy za herbatę, więc porozmawiałem z nią chwilę. Tego wieczora miała jednak odegrać jeszcze bardzo ważną rolę.

Z daleka dało się usłyszeć pierdzący, zbliżający się odgłos jakiegoś wehikułu. Rusek, który nagle pojawił się na skuterze był gruby, a raczej stał się gruby po tym, jak kiedyś był umięśniony. Jest to pewna różnica, wynikająca głównie z tego, czym zajmował się w przeszłości. Zsiadł ze skutera, zdejmując też worek węgla, który wiózł w nogach. Przywitał się z panią z restauracji i zmarszczył brwi gdy zauważył mnie, plecak i gitarę.

-Anglik...? –spytał ją.
-Nie, Polak.

Pokiwał głową robiąc przy tym tak kwaśną minę, jakbym był najdziwniejszą rzeczą, jaką od dawna widział. Powiedział do mnie coś po Rosyjsku, na co odpowiedziałem jedynym zdaniem jakie znam w tym języku:

-Ja ni panimaju pa ruski...
-Ty Polak, i ty ni panimaju?! Aaaa bzdura tam! –i uderzył pięścią o stół tak, że odskoczyłem. Spokojnie po tym powiedział coś do Pani z restauracji, i ta znikła pośpiesznie. Spojrzał się na mnie tak jakbym był muchą, a on pająkiem. Nic jednak nie mówił, jakby czekając na coś, i uśmiechając się tylko szeroko wciąż patrząc na mnie, więc i ja przez chwilę uśmiechnąłem się niewyraźnie. Pani z restauracji przyszła z napojem grejfrutowym i dwoma kubkami. Nie spuszczając ze mnie wzroku podał jej garść monet, a ja przełknąłem ślinkę. Rozlał napój do dwóch kubków, poczęstował mnie papierosem, którego wziąłem zachowawczo. Odpalił sobie jednego, rozciągnął się relaksując na oparciu plastikowego fotela, i zaczął mówić. Nie mam pojęcia o czym. Patrzyłem tylko na niego w bezruchu i czasami tylko kiwałem głową, gdy wybuchał śmiechem. Był bardzo głośnym i dynamicznym człowiekiem, ale też całkiem przyjemnym w odbiorze. Miałem wrażenie, że historia, którą opowiada jest całkiem śmieszna, jednak nie mając pewności wypiłem z nudów sok grejfrutowy. Smakował dziwnie, ale dobrze, więc nalałem sobie jeszcze i wypiłem znowu na raz. Rusek pokazywał na sok i fajki zapraszającym gestem. Po intonacji w jego głosie wiedziałem kiedy zadawał pytania, i wtedy wzruszałem tylko ramionami, a on zanosił się śmiechem, dolewając mi soku grejfrutowego, po którym zaczynało mi się robić ciepło. Gdy w końcu z butelki wyleciało tylko parę kropel zmarszczył brwi, i wszedł do restauracji przynosząc kolejne dwie, i dwie paczki fajek.

Miałem już zmrużone oczy, uśmiechałem się głupio, i patrzyłem zaciekawiony na skuter. Nagle też zaczęliśmy się rozumieć. Wiecie jak czasami ktoś mówi, że nie zna jakiegoś języka, ale po pijaku rozumiał, gdy ktoś się nim posługiwał? Nigdy nie lubiłem takiego gadania. Nie zmienia to jednak faktu, że tak, byłem pijany, bo sok grejfrutowy był suto zakrapiany ginem, a zrozumienie języka rosyjskiego nagle stał się wyimaginowaną barierą, której przekroczenie nie stanowiło dla mnie żadnego problemu. Na poczekaniu wypracowaliśmy system znaków, chrząknięć i słów, które w naszych językach są podobne. Rusek opowiedział mi o tym jak kiedyś był żołnierzem w Afganistanie, o jedenastu ludziach, których zabił, o tym jak sam został trafiony (pokazał bliznę po kuli pod obojczykiem), o tym jak to jest zostać postrzelonym, o tym jak sprowadza naboje z Białorusi (wyjął z kieszeni garść ostrej amunicji na potwierdzenie), o swoich dzieciach, i Vladimirze Wysockim, którego uznaje za najlepszego rosyjskiego pieśniarza. Ja mu opowiedziałem o swojej podróży, Islandii, i pokazałem mu islandzki sweter z owczej wełny. Wytrzeszczył oczy i podskoczył w miejscu. Lekko tylko wziął sweter między swoje grube palce i powiedział, że nie ma na świecie lepszego swetra. Dałem mu też mój telefon i zrywałem boki gdy ten dzwonił do moich koleżanek i mówił do nich po rosyjsku. Uważałem, że to było całkiem zabawne.


Piliśmy grejfrutowy gin i nie mogąc złapać oddechu śmiałem się histerycznie z opowiadanych przez Ruska żartów o Polakach. Gdy napięcie przez chwilę opadło, chciałem czymś wypełnić ciszę, więc powiedziałem, że ma fajny skuter, a on zanim się zorientowałem włożył mi kask na głowę i posadził za kierownicą. Nie mając prawa jazdy, nigdy nawet nie jeżdżąc na motorze, i będąc kompletnie pijanym, nawet przez chwilę nie zwątpiłem w swoje umiejętności prowadzenia tej bestii. Pokazał mi gdzie wciska się gaz, a gdzie hamulec i odszedł z powrotem do stołu. Widząc jednak moją minę przyszedł i wytłumaczył mi to jeszcze raz. Przycisnąłem gaz zbyt szybko i ruszyłem ledwo opanowując maszynę.

Pędziłem, po całej długości dziurawego parkingu, zawracałem, i znów rozpędzałem się jak tylko mogłem. Było pięknie, beztrosko. Jeździłem tak setką, śmiejąc się do siebie w niebogłosy. Uwielbiałem ten moment gdy rozpędzałem się, moim ciałem władały przeciążenia, a ja szczerzyłem zęby w ciemność i zamykałem oczy. Podjechałem w końcu powoli do stolików, oparłem skuter o płot i trzęsącymi się rękami odpaliłem papierosa. Rusek uśmiechał się tylko szeroko i kiwał głową.

Przez parę godzin jeszcze tak rozmawialiśmy, gdy mieliśmy jakieś problemy w zrozumieniu siebie, Rusek przywoływał Panią z restauracji, która wysłuchiwała mnie, jego, i z osobna tłumaczyła nam czego dotyczy nasza rozmowa. Nieraz spoglądaliśmy na siebie po tym zdziwieni. Rozmawialiśmy, śmialiśmy się, nastawała cisza, Rusek wyjmował kluczyki do skutera i potrząsał nimi w powietrzu proponując mi kolejną przejażdżkę. Ja wtedy nie mogąc odmówić wstawałem potykając się, a on jeszcze droczył się ze mną wchodząc na ławkę tak, że musiałem podskakiwać by je chwycić. Któregoś razu powiedział mi:
- Wyjedź na ulicę.
Spojrzałem na niego, rozważając to przez chwilę i uznałem ten pomysł za genialny. Na szosie rozpędzałem się jeszcze szybciej. Kątem oka widziałem jak Rusek macha do mnie z Panią z restauracji. Gdy zauważałem, że z oddali nadjeżdża samochód, zawracałem i uciekałem przed nim. Śmiałem się, wracałem, paliłem peta, i tak jeszcze parę razy, póki nie poczułem się naprawdę zmęczony, podziękowałem wszystkim ledwo trzymając się na nogach i udałem się za stację w celu rozłożenia namiotu. Jak przez mgłę pamiętam składanie go w całość, ale jestem pewien, że była przy tym kupa śmiechu. Końcem końców zmontowałem go, ale tylko połowicznie udało mi się do niego wejść.

Obudził mnie ciepły, słoneczny poranek. Leżałem na trawie, z nogami tylko w namiocie i cały byłem pokryty ślimakami. Czekający na mnie tir już dawno odjechał. Przewróciłem się na plecy, i patrząc w niebo przypomniałem sobie o tym, jak bardzo kocham podróżowanie.

2011