-

18 marca 2016

Øyvind i stulejka //26

Następnego dnia wysłałem równo pięćset mejli. Wszedłem do jakiegoś biura turystycznego, znalazłem ciężki jak cholera katalog z ofertami hoteli z całej Norwegii, zawinąłem go, i w bibliotece w parę godzin spisałem absolutnie każdy adres e-mailowy jaki w nim znalazłem. Tuż przed wysłaniem swojego CV powstrzymałem się w ostatniej chwili i postanowiłem wymęczyć dodatkowo parę zdań o sobie. Sytuacja zaczynała być dramatyczna. Wypadało przestać już być nieciekawym z punktu widzenia pracodawcy skurwysynem i musiałem się jakoś sprzedać. Komedia mogła się przydać, zazwyczaj się przydaje, przydawała. Zaobserwowałem to już wcześniej. Ludzie wydają się lubić komedię. Nie ważne kim jesteś, ważne żebyś nie miał z tego powodu poczucia winy, ważne żebyś wskazał to dumnie palcem szczerząc się jak szaleniec- współczesność lubi bezwstydność i głuchą na wątpliwości komiczną refleksję. Próbowałem wymyślić jakiś żart, ale nic jednak nie przychodziło mi do głowy. Napisałem więc same bzurdy i zakończyłem je deklaracją, że jeśli później miałbym zobaczyć jakieś pieniądze, to tak naprawdę mogłem przez jakiś czas pracować w zamian za pokój, trzy ziemniaki i łyżkę masła dziennie. Nacisnąłem przycisk 'wyślij' i w tej samej chwili dostałem z sześćdziesiąt automatycznych wiadomości zwrotnych. Wyłączyłem komputer i poszedłem do Rogersa.

Wieczorem na balkonie usiadł po przeciwnej stronie stołu jakiś koleś w skórzanej kurtce, spojrzał na mnie, i przesunął do mnie swoje piwo. Jego twarz była cała w bruzdach, typowa twarz wieloletniego palacza, trochę twardziela filmowego. Miał pewnie nieco ponad trzydzieści lat. Trzymał peta między kciukiem, a palcem środkowym, głęboko się zaciągał, puszczał gęste chmury i spalenie całej faji zajmowało mu parę machów. Siedział posępnie, podparty łokciami na kolanach, sprawiając wrażenie jakby wszystko już widział, wszystko kiedyś słyszał. Domyślną ekspresją na jego twarzy wydawała się być mieszanka zmęczenia, z lekkim obrzydzeniem do ludzi.

Koleś miał na imię Øyvind. Był marynarzem, większość życia spędził na statkach rybackich, i parę dni wcześniej dowiedział się, że już nigdy nie będzie mógł pracować na morzu. Jego nadgarstek nie wytrzymał. Nie mógł wykonywać już żadnej pracy fizycznej. Państwo odprawiło go z porządną rentą i tak naprawdę nie musiał w ogóle pracować, jeśli nie chciał. Nie o to w tym wszystkim jednak chodziło. Norweg był jak żywcem wyjęty z “Moby'ego Dicka”- gloryfikował ocean i żył dla niego. Pierwszy raz wypłynął na morze ze swoimi dwoma, starszymi kuzynami, gdy miał dwanaście lat. Przez dwa tygodnie wpatrywał się tylko w pisemka pornograficzne i walczył ze swoją stuleją, ale morze i tak zdołało odcisnąć na nim taki wpływ, że nie było innego zajęcia w przyszłości, którego chciałby się podejmować, niż bycie rybakiem. 'Ja śnię o morzu, nawet teraz, gdy na nim nie jestem. Jak mam się czuć wiedząc, że nigdy na nie już nie wypłynę...?'- mówił. Spytałem się, czy nie ma jakiś lżejszy posad na statkach, coś jak kucharz, w których nie przemęczałby tak swojej ręki. 'Patrzeć na innych chłopaków jak zasuwają i nie zasuwać z nimi..? Nigdy.'

Pogadaliśmy chwilę, ale Øyvind nie czuł się komfortowo w Rogersie. Co jakiś czas się rozglądał i wychylał, jakby kogoś szukając. Okazało się, że tydzień wcześniej znalazł tam jakąś, jak to ujął, pijaną staruchę, którą zabrał do siebie, i wyruchał. Twierdził, że pierwszy raz w życiu musiał użyć lubrykantu, by wejść w kobietę. To był jego słabszy dzień, tłumaczył się. Wciąż czekał na wyniki badań swojego nadgarstka. Od kiedy je dostał, leciał na automacie, nie przestając pić i jarać. Miał w domu dobry hasz, więc poszliśmy do niego. Po drodze wyjaśnił mi, że to chata jego uzależnionego od heroiny kumpla, którego nie ma w mieście, i lepiej było bym dla swojego bezpieczeństwa niczego nie dotykał. W mieszkaniu walało się pełno jednorazowych, gumowych rękawiczek. Jeśli chciałem wyciągnąć sobie szklankę do herbaty, musiałem ubrać rękawiczki. 'Przezorności nigdy za wiele', powiedział Øyvind.

Norweg pokazał mi na telefonie parę filmików z pracy na statkach. Na jednym z nich widać było jak do otworów pod burtą wychodziła z wody seria grubych żyłek. Na metrze takiej żyłki było w równej odległości rozmieszczone od siebie pięć haczyków i praktycznie na każdym z nich była ryba. Przy otworach uwieszeni byli kolesie z długimi kijami z hakami i sprawnymi szarpnięciami strącali cokolwiek się złowiło. Żyłka robiła zakręt, na haczyki nabijano przynętę, i wracała do morza. Ryby trafiały do segregacji i to, co można było sprzedać, szło do natychmiastowej obróbki, było krojone i zamrażane. Na ekranie komórki widać było duże pomieszczenie z dwudziestoma ludźmi uwijającymi się w pocie czoła z nożami do filetowania. Z ogromnych głośników grało głośne techno. 'To by nie zwariować'- skomentował Norweg. Nikt nie miał przypisanego sobie jednego stanowiska. Pracuje się dwadzieścia godzin dziennie i przez dwa miesiące na morzu trudno by było wykonywać jedną czynność w kółko. Na innymi filmiku widać było spokojne morze, pływające wokół statku wieloryby, i Øyvinda, stojącego za starym drewnianym sterem, w wyświechtanym, grubym swetrze, zapatrzonego w milczeniu w pojawiający się na horyzoncie brzeg Grenlandii.

Nie jadłem wtedy mięsa już od lat, ale gdy Norweg przyniósł z kuchni kanapki z pastą z łososia, nie odmówiłem. Nie miałem z tym problemu. Mogłem tak naprawdę jeść raz w miesiącu jednego cukierka z galaretką z żelatyny, by tylko nie przyszedł mi do głowy pomysł nazwania się wegetarianinem, czy czymkolwiek podobnym. Jakichkolwiek powodów bym nie miał, by nie zabijać zwierząt, Norweg by się z nimi nie zgodził i prawdopodobnie zmienił by też swój stosunek do mnie. To, co ludzie nazywają wegetarianizmem, wciąż pozostaje elitarne. Øyvind nie widział nic złego w agresywnej eksploatacji zdominowanych przez nas gatunków, szukał przez chwilę we mnie tego typu moralności, ale nic mu nie dałem w odpowiedzi. Sprawiał wrażenie płochliwego i gdybym był człowiekiem mającym wystarczająco dużo cierpliwości do dyskusji i debat, pogrążyłby się prawdopodobnie w dystansie i poczuciu wyższości. Zabijanie ryb pozostawało jego pasją. Z obrzydzeniem mówił o aktywistach pojawiających się na Wyspach Owczych, by zakłócić coroczną masakrę wielorybów, podczas której wybrzeże archipelagu czerwienieje od krwi. Bronił też samych Farerczyków. Nazywał ich 'cyganami oceanów' i opowiadał historię o przesądnych kapitanach, którzy zawsze rekrutowali paru do załogi, bo miało to przynieść obietnicę obfitych połowów. Z uśmiechem na ustach mówił o Paul'u Watsonie, jednym z założycieli Green Peacu, który zaczął się interesować rzezią na Wyspach Owczych już w latach 80- tych. Czterech Farerczyków miało go wtedy podać do sądu w Stanach Zjednoczonych i pokazać kopię amatorskiego filmu dokumentującego, jak dużo wielorybów złowili na amerykańskich statkach. USA postanowiła ukręcić sprawie łeb i zostawić Wyspy Owcze w spokoju, a Paul Watson dostał sądowy zakaz zbliżania się do archipelagu.

Po filmach ze statków, Norweg otworzył laptopa i przystąpił do demonstracji zdjęć z wakacji. Okazało się, że tak jak większość samotnych, samczych wojowników klasy średniej w Norwegii, także Øyvind regularnie latał do Tajlandii na urlop, i także on miał tam dziewczynę. Nie było to też kwestią przypadku, że była to najseksowniejsza nastolatka we wsi. Można uznać to nawet za dosyć powszechny zbieg okoliczności. Norweska waluta miała takie silne przełożenie w tajlandzkich realiach, że w każdym pachnącym szmalem Norwegu na wakacjach w Tajlandii zakochanych jest minimum sześć mieszkanek pobliskich wiosek. Na zdjęciach Øyvind pozował w samych krótkich spodenkach, blady jak papier, z lekką nadwagą, a obok niego stali inni nieopaleni Norwedzy, w pstrokatych gacioszkach i okularach przeciwsłonecznych, otyli, ze zwisającymi cycami, trzymający kolorowe drinki z wetkniętą w limonkę małą flagą Norwegii. Na każdym z nich uwieszone z uśmiechem były lokalne seks boginie, przeżywające męki w obcasach na piasku, ubrane w bikini i chusty, przyozdobione masą biżuterii. Wszystkie marzeniami pewnie wybiegające do stolic europejskich, w których mogłyby zapomnieć o upokorzeniach dzieciństwa w biedzie, a norweski, obleśny kierowca ciężarówki z całym kontem oszczędności był tylko brakującym ogniwem. Norwedzy wiedzą, że te dziewczyny żenią się z nimi tylko dla wizy i nie przeszkadza im to. Dzięki temu przez trzy lata mogą zalewać co noc egzotyczną kobietą, u której w każdych innych okolicznościach nigdy nie mieliby szans. Może gdzieś po drodze przez te trzy lata niektórym zdarzy się, że zapomną o tym, ale niewielu z nich jest zaskoczonych, gdy ich żony wraz z uzyskaniem obywatelstwa, składają też papiery rozwodowe. Øyvind wydawał się wierzyć w miłość.

W pewnym momencie połączył się nawet ze swoją dziewczyną na Skypie. Tajlandka była od samego początku rozmowy poirytowana i niecierpliwie wypytywała się o to, kiedy będzie mogła go odwiedzić w Norwegii. W pewnym momencie sama zauważyła, że może posunąć się za daleko i z trudem wybrnęła, uspokajając ton swojego głosu by brzmiał, jakby się tylko przekomarzała z tęsknoty.

Po zakończeniu rozmowy Øyvind spojrzał na mnie i pierwszy raz dostrzegłem w jego oczach niepewność siebie. W kraju, w którym do 2010 legalne były stosunki seksualne ze zwierzętami rolnymi i statystyki mówiły nawet o dziesięciu tysiącach zoofilów, wszystkiemu winna była samotność, wszystko obracało się wokół niej, nawet te góry pieniędzy, a zwłaszcza zwabione nimi Tajlandki. Samotność przyciągała ubóstwo. Zawsze tak było.

Poszliśmy spać, Øyvind w sypialni, ja na kanapie w salonie. Tysiąc kilometrów na północ od Tromso, w Longyearbyen- najdalej wysuniętym na północ mieście na ziemi, liczącym dwa tysiące mieszkańców, urodzona w Chile młoda Marcela kończyła swoją wieczorną zmianę w recepcji małego hotelu i przeglądała jeszcze raz maile z całego dnia. W pokoju była także Mary-Ann, wychudzona z nerwów staruszka pochodząca z Kristiansand, właścicielka hotelu. Kończyła porządkować papiery w segregatorach po świeżo co zamkniętym sezonie letnim, w którym tysiące bogatych turystów odwiedza Svalbard w nadziei na zobaczenie jednego z trzech tysięcy żyjących na jego terytorium niedźwiedzi polarnych. Marcela znalazła wiadomość ode mnie, tą samą, którą tamtego dnia dostało 499 innych hoteli i kempingów w Norwegii. Po przeczytaniu paru zdań parsknęła rozśmieszona. Przywołała Mary- Ann i zaczęła czytać na głos. Najwyraźniej gdy doszła do fragmentu, w którym wspomniałem o trzech ziemniakach i łyżeczce masła dziennie, obie wybuchnęły śmiechem, Marcela dużo krótszym. Gdy Mary- Ann uspokoiła się, odwróciła się do Chilijki plecami i wyglądając przez okno spojrzała na pobliski lodowiec.

'Sprowadź go tu' – powiedziała.

3 marca 2016

Tyle przegrać //25

Codziennie kładąc się spać i wstając rano, wyciągałem z pępka kulkę bawełny. Noce stały się zupełnie ciemne, dzień polarny dawno już ustąpił i wszystko na krótko wracało do równowagi. Wciąż byłem w punkcie wyjścia. Dnie mijały, a kulka materiału z baboli pępkowych stawała się coraz większa. Z niepokojem czasem spoglądałem jak rosła w oczach. Lubiłem po przebudzeniu leżeć na plecach w śpiworze i podrzucać ją sobie.

Pewnego dnia Paulina powiedziała mi, że wywalili ją z roboty, ale od razu znalazła sobie coś innego. Miała pomagać przy psich zaprzęgach jako przewodnik, większość jesiennych i zimowych dni spędzając w małej chatce w dziczy, ze stadem słodkich jak diabli psiaków liżących ją po twarzy. Byłem zdewastowany. Lubiłem myśleć o sobie jako o zaradnym człowieku, ale wtedy zaczynałem w siebie wątpić. Szukałem pracy tygodniami, a dla innych znalezienie jej było kwestią godzin. Leżąc później wieczorem w rozpiętym jeszcze namiocie, w dramatycznym akcie złości rzuciłem kulą paprochów z pępka w krzaki. Rano szukałem jej na boso w gaciach, bo nie miałem się czym bawić.

Od jakiegoś czasu nie słyszałem też już szelestu monet w swojej kieszeni i byłem już znowu praktycznie spłukany. Poszedłem na deptak i tym razem to ja szukałem Radu. Nie mogłem go nigdzie znaleźć. Dopiero potem spotkałem go, jak wychodził z supermarketu z siatą jedzenia. Podskoczyłem do niego entuzjastycznie i spytałem się czy ma ochotę pograć wieczorem. Coś było jednak nie tak. Nie było już biedy w spojrzeniu Rumuna. Radu nie potrafił ukryć zmieszania, zaczął się wykręcać, mamrotać, i na koniec przyznał się, że znalazł pracę na czarno przy układaniu kostki brukowej i zarabiał 60 koron na godzinę. Chciałem go przez chwilę uderzyć. Radu ze spuszczonym wzrokiem powiedział 'Sorry mister' i poszedł sobie. Stałem tak zszokowany z otwartą mordą w wejściu do supermarketu. Drzwi automatyczne zamykały się i otwierały na zmianę. Rozpiąłem pośpiesznie kurtkę, uniosłem sweter, koszulkę i spojrzałem w pępek. Nowy paproch już się formował.

2 marca 2016

Nerd //24

                                                                                                                                                  Aurelia




Coraz częściej odwiedzałem dziewczyny w ich żółtym domku. Miałem już swoją preferowaną pozycję na kanapie w salonie, ulubiony szampon pod prysznicem, a w ich garażu zrobiłem sobie skrytkę na jedzenie. Całe miasto było gęste od moich skrytek. W krzakach obok biblioteki miejskiej miałem ukryte trzydzieści paczek czipsów, a w garażu dziewczyn schowałem w pewnym momencie tyle żarcia, że mogłem otworzyć mały sklep spożywczy. Gdy tylko robiłem się łakomy i byłem blisko, podjeżdżałem rowerem i odkrajałem sobie kawał brązowego sera z kilogramowego bloku, który znalazłem gdzieś w śmieciach.

Paulina chodziła na nieregularne zmiany, więc jeżeli nie zastawałem jej, szedłem do pokoju jej współlokatorki, Aurelii. Rozwalałem się zazwyczaj na jej łóżku, ona siadała na krześle, a ja mówiłem o sobie. Aurelia rumieniła się i uśmiechała.

Na swoim macu miała zainstalowanego linuxa i często nazywała siebie nerdem, także z tego tytułu. Paliła prawie tak dużo papierosów, jak ja. Urodziła się we Francji, ale można też było dostrzec w niej japońskie i marokańskie korzenie. W Tromso była na wymianie studenckiej i nie miała chyba żadnych znajomych. Odnosiłem wrażenie, że celowo stroniła od ludzi. Zdawały jej się za to podobać nasze wspólne wieczory z Pauliną, przy kartach i petach, chociaż zawsze była cicha, nieśmiała i zazwyczaj tylko się uśmiechała. Nie robiło to większej różnicy. Jak wychodziła z pokoju, parę minut czasami upływało, zanim z Pauliną w zapomnieniu przestawialiśmy się na język polski.

Aurelia lubiła przesiadywać w kawiarniach i często spotykałem ją, gdy spacerowałem z Magnusem. Jako czołowy bezdomny wyspy nie byłem zresztą kolesiem, którego trudno było spotkać. Regularnie zwykliśmy z Norwegiem rozmawiać o grach komputerowych, chodząc po małych sklepach z komiksami. Przysiadaliśmy się wtedy do niej i po prostu kontynuowaliśmy rozmowę, a Aurelia czasami wtrącała coś sensownego. Żadne z nich nie miało nic przeciwko, gdy zdarzało mi się ich obojgu na chwilę przeprosić, podejść do stolika obok i dojeść po kimś kawałek ciasta.

Wraz z powrotem studentów do miasta, także i nasze wieczory stały się bardziej urozmaicone. Zaczęliśmy we trójkę chodzić razem na imprezy do klubu studenckiego i na bilard z Danielem do Rogersa. Lubiłem studentów, a zwłaszcza ich nawyk zapominania o dopiero co kupionym piwie. Daniel zdawał się lubić Aurelie.

Pewnego dnia Francuzka odwiedziła mnie późną porą w parku. Była smutna i nie chciała rozmawiać. Marnie wyglądała. Posiedzieliśmy chwilę nad brzegiem stawu, potem chciała być sama, więc posiedziała jeszcze trochę sama i poszła. Gdy odchodziła nie sądziłem, bym kiedykolwiek miał dowiedzieć się, co tak naprawdę nie dawało jej spać po nocach. Miała jakieś swoje demony i nigdy o nich nie rozmawiała. Wzruszyłem wtedy ramionami. Być może w głębi duszy rozpaczała nad kondycją człowieczeństwa, być może chodziło o coś innego.

Nie podejrzewałbym wtedy nawet, że parę miesięcy później, gdy miałem już być daleko, jedno z nas naśle na drugie interpol.


*

                                                                                                                                                                          Paulina


                                                                                                                                                                                Aga


                                                                                                                                                             studenci

                                                                                                                                                                          klub studencki


Paulina i Aurelia

29 lutego 2016

Strach i transformersi //23

                                                                        fot. Paulina



Starając się zasnąć próbowałem odgadnąć, co pomyśleliby moi rodzice, gdyby zobaczyli mnie stojącego na małym podeście z tyłu takiej śmieciarki. To dzięki nim przecież zacząłem podróżować, zainspirowany tym, jak cholernie się wszystkiego bali. Trudno ich winić, w pewnym sensie. Oni też dorastali w blokach, żywych wspomnieniami o wojnie, i w nich też zakorzeniono strach przed tym, co pomyślą sąsiedzi, co się dzieje na ulicy po zmroku, jak strasznie niefajnie byłoby spędzić wieczność smażąc się w piekle. Przejęli to, zaadaptowali na spokojnych przedmieściach w domkach jednorodzinnych,  i rozwinęli o nowe pomysły.

Byłem szczuty wszystkim- tym by nie połknąć pestki od jabłka bo zachoruję, by nie robić zeza bo zostanie, że wydłubię sobie oko łyżeczką pijąc herbatę, miałem uważać na sekciarzy pod szkołą, listonosza, cyganów, na wszystkich. Zła ocena w szkole była popłochem, by nadgonić tych z przodu, bo rowy same miały się nie kopać, a śmieciarka sama miała się nie napełnić. Seria złych ocen była machnięciem ręki, przegranym życiem. Telewizja i radio też nas straszyły, jednocześnie reklamując produkty, które miały nas chronić i ocalić, a bez których skazani byliśmy na pryszcze, pośmielisko, obrzydzone spojrzenia dziewczyn, później miał nam nie stawać, i mieliśmy całe dnie spędzać wstrzymując pierdy w skrępowaniu. Erekton fast. 'Pokaż jej, że wciąż jesteś wielki'.

Rodzice pochłonięci możliwościami kapitalizmu po pracy nie zajmowali się dziećmi, nie rozmawiali z nimi, i starali się kompensować im to dobrami materialnymi. Trudno było je przyjmować, bo nie były żadnym zamiennikiem dla potrzeb emocjonalnych dziecka, wiec często odrzucaliśmy je, i w odpowiedzi byliśmy wychowywani w poczuciu winy za niewdzięczność. Braki emocjonalne były jak sucha studnia, którą w sztuczny sposób musieliśmy później napełnić sami, w wyniku czego wyrośliśmy na rozchwianych między mizantropią a megalomanią, narcystycznych egoistów, nie mogących napatrzeć się na swoje selfie.

Nauczyciele zawiedli jako wychowawcy. Chcieli po prostu wrócić do domu i ukoić nerwy przy odcinku klanu. Za mało zarabiali by się przejmować. W rezultacie weszliśmy w życie znając się tylko na pokemonach i z upragnieniem czekając na list ze szkoły czarodziei. Wkroczyliśmy w dorosłość upośledzeni, nie wiedząc jak się płaci rachunki i jak działa system emerytalny.

Po wyprowadzce z domu, ucieczce, w pewnym momencie człowieka aż mogła ogarnąć ochota by zniszczyć te zakorzenione głęboko paranoje. Jednym ze sposobów mogło być zostawienie portfela w mieszkaniu i pojechanie bez pieniędzy autostopem na Bliski Wschód. Cokolwiek. Im bardziej samobójczo, tym lepiej. Myślę że w moim wypadku podróże były bezpośrednim wynikiem przedawkowania strachu, tego pokolenia naszych rodziców, i tego marketingowego, jak i treningiem społecznym, naprawą zniszczeń zakorzenionej aspołeczności. Łapanie stopa potrafi dobrze pod tym względem wyprostować człowieka, zwłaszcza jeśli od tego jak komunikatywny będziesz zależy, jak daleko dojedziesz i czy nie padniesz z głodu po drodze.

W drodze pierwszy raz stawiałem sobie cele i osiągałem je. Geograficznie i psychicznie. W pełni odnajdywałem się w oszczędnym, minimalistycznym bycie, i obojętności na wstyd. Trudno było, bym w pewnym momencie nie rozejrzał się i nie pomyślał sobie, że może właśnie tak można żyć..? To byłby jednak zły pomysł. Gdy z czasem poczucie wyzwania i satysfakcji stawały się trudniejsze do odnalezienia, to co złe mogło zacząć uwierać, aż stało się zbyt niewygodne by je ignorować. Ciągłe proszenie się o coś potrafi zniechęcić. Stanie z wyciągniętym kciukiem jest takim proszeniem się. Tak samo żebranie o pieniądze na fejsie, bo popłynęło się jachtostopem do Meksyku, przyszli źli ludzie z maczetami i ukradli plecak z paszportem. Uzależnienie od innych potrafi zniechęcić, tak jak sami inni. Można poznać tylu ludzi, aż wszyscy nagle staną się przewidywalni- ludzie w garniturach w samochodach, anarchiści w dredach, każdy nagle będzie jak wycięty z kartonu kształt człowieka, z którym gdzieś, kiedyś się już rozmawiało. Można uciec dalej, osiąść z wieśniakami z Mongolii, czy jakimś plemieniem w buszu, przymykać oko na to, że ci ludzie wciąż wieszają homoseksualistów za jaja na palmie, i myśleć sobie, że są zacofani, ale pocieszni.

Podróże mnie wyprostowały, pozwoliły pokonać niektóre dogrywające mi demony. Teraz chciałem wtopić się w tło etatowców ze zbyt króŧkim urlopem, by podróżować gdziekolwiek. Leżałem w namiocie, padał deszcz, noc miała być chłodna, a ja dawałem się ponieść fantazji. W wyobraźni widziałem siebie w śmieciarskim kombinezonie transformers, jeżdżącego po spokojnym osiedlu domków jednorodzinnych, i widzącego w oknach rodziców, patrzących przez szparę w firance, starych znajomych, nauczycieli, sąsiadów. Jechałbym tak na tyle śmieciarki z ciepłym uśmiechem, życząc wszystkim dobrze i pozdrawiając ich uniesioną ręką. Z boku śmieciarki napisałbym sprejem:









NIE LĘKAJCIE SIĘ

27 lutego 2016

Trampoliny przed domami //22









Gdy wróciłem do Tromso był już późny wieczór. Wszystko na mnie czekało, tak jak je zostawiłem- mój rower stał przypięty przy bibliotece, norwescy zasiłkowcy w Rogersie śpiewali pijani na balkonie, aż żywica tytoniowa puszczała soki ze zmarszczek na ich twarzach, Radu chodził z bębenkiem w swojej nowej bluzie, zaczepiając nielicznych pijanych turystów na deptaku. Omijając cały ten taniec, kierowałem się na do parku, do czekającego na mnie namiotu. Przestałem go nawet składać. Uznawałem już wtedy Norwegię za obłąkany, ale stosunkowo bezpieczny kraj.

Jak zwykle zatrzymałem się przy małej pizzerii po drodze. Była właściwa godzina. Usiadłem na ławce, poczekałem, aż kelnerka wyszła, wyrzuciła śmieci, i zamknęła lokal. Na końcu ostatniej zmiany zawsze wyrzucano pizze, które ktoś zamówił przez telefon, ale których nigdy nie odebrał. Każdego dnia było parę takich przypadków. Stały tak na podgrzewanej wystawce i czekały, by na koniec dnia trafić w pudełkach do kosza. Wracając codziennie wieczorem do Prestvannet, zazwyczaj miałem ciekawy wybór ciepłych placków na kolację.

Dziewczyna, która tym razem wyrzuciła worki była bardzo ładna. Wyobrażałem sobie, że kelnerka pracująca w pizzerii musi po pracy pachnieć serem, tak jak śmierdzi się chemikaliami po całym dniu na zmywaku. Gdybym kiedyś umówił się z kelnerką z pizzerii, to powiedziałbym jej, że ładnie pachnie, domyślając się, że będzie to dla niej dużo znaczyć. Wiedziałem, że wzięłaby prysznic po pracy, bardziej niż zwykle szorując swoje ciało. Gdybyśmy się przywitali, poczułbym ser. Całując ją w policzek specjalnie zaciągnąłbym się, by to sprawdzić. Powiedziałbym jej, że ładnie pachnie, a ona podziękowałaby i spuściłaby nieśmiało wzrok.

Zaczęło nieźle padać. Musiałem się przegrupować, potrzebowałem jakiegoś dobrego pomysłu, który pozwoliłby mi wyprzedzić wszystkich, przechytrzyć, sprawić, by to moje CV było pierwszym w stosiku, na biurku recepcji jakiegoś gównianego hotelu. Była jesień na kole podbiegunowym. Studenci wrócili do miasta, przebierali się i organizowali integracyjne zabawy na ulicach. Skończył się okres reprodukcyjny ptaków, Norwedzy pochowali trampoliny sprzed swoich domów. Nikt nie przyjeżdżał już na malowanie płotów, nikt oprócz mnie nie spał w namiocie.

Gdzieś tam w dżungli pewnie był jakiś chłopaczek z grzywką i kijkami do puszczania baniek, który objechał świat na stopa, teraz postanowił osiąść z jakimiś dzikusami na jakiś czas, wbił sobie w wargę duży kołek, założył na szyję jakieś paciorki, a w uszach miał kły słonia. Siedział teraz pod jakimś drzewem i był uosobieniem spokoju i mądrości. Nie narzucał się nikomu, uśmiechał się i po prostu sprawiał wrażenie jakby wiedział coś, czego nie wiedzą ludzie w miastach. Gdzieś tam w mieście był biznesmen, oceniający ludzi po marce noszonego garnituru, pewny siebie, inteligentny jak cholera, spędzający życie w ładnych lakierkach, na ładnych wykładzinach, dla większości spotykanych ludzi mający tylko pobłażliwość i obrzydzenie. Gdzieś tam na innej wykładzinie był polityk, na którego nikt nie oddał ani jednego głosu, a który właśnie obejmował bardzo ważną funkcję w państwie i nie mógł przestać się szczerzyć z zadowolenia, siedząc sam w swoim nowym biurze. Gdzieś tam była jakaś zakonnica, z czystą, białą, niewykrzywioną nigdy przez orgazm twarzą, porośniętą tylko gdzieniegdzie pojedynczymi, długimi, siwymi włoskami. To ona, nawet bardziej niż inni, wierzyła, że była pierwsza w kolejce, a być może nawet wierzyła w miejsce poza nią. W namiocie, w deszczu, w parku Prestvannet byłem ja, marzący o jednoczęściowym, niebieskim uniformie i posadzie kolesia uwieszonego z tyłu śmieciarki, zbierającego kubły z ulicy. Świat był idealny w swoim zróżnicowaniu, wszystko grało jak w zegarku, wszystko było na swoim miejscu. Nikt z nas nie miał żyć wiecznie i nie można było prosić o większą sprawiedliwość. Pozostawało nam kontynuować, sprawdzając tylko od czasu do czasu w wiadomościach, czy nasza planeta gdzieś, w którymś miejscu się nie pali.

26 lutego 2016

Piękno drogi //21


Lyngseidet okazało się być malutkim gówienkiem, schowanym za siedmioma górami i fiordami. Nie łatwo było tam dojechać stopem. Biuro firmy znajdowało się praktycznie na odludziu. Chciałem zrobić dobre wrażenie na Janie Tore, ale gdy stanąłem w drzwiach jego przybytku, wciąż chyba mógł zauważyć w moich oczach rys wkurwienia. 'Chodzi o niższe podatki' - wyjaśnił już w progu i polecił mi się chwilę ogrzać przy kaloryferze.

Jan Tore był skromnym milionerem. Zadumanym, refleksyjnym i zamkniętym w sobie. Chciał mnie oprowadzić po budynku, ale nie było tam wiele do pochwalenia się. Firma miała swoją dużą siedzibę w Oslo, i w Lyngseidet była tylko zarejestrowana. W biurze dla niepozoru stał komputer i parę segregatorów. W korytarzu wisiały zdjęcia zrealizowanych inwestycji, ukończonych budynków. Jan Tore poopowiadał chwilę o nich, powspominał trudne początki i rozłożył ręce, jakby nie mając już nic więcej do pokazania, po czym przypomniał sobie o stojącej w garażu kolekcjonerskiej furze wartej 50 tysięcy euro. Zaprowadził mnie do pomieszczenia obok i faktycznie, stała tam, krwista i lśniąca jak cholera. Jan Tore przedstawił mi ją jako swoją największą pasję. Odchował już dzieci, żona była wiecznie w rozjazdach biznesowych, pies rodzinny nie żył. Wolne chwile spędzał przy tym samochodzie, restaurując każdą jego najmniejszą część. Poklepał go parę razy delikatnie po masce, po czym sam chyba spłoszył się swoim ekscentryzmem, i zaprosił mnie do biura.

W biurze od razu wyszło, że jestem ściemniaczem bez meldunku i stałego miejsca zamieszkania. Nietrudno też się było domyślić, że prawdopodobnie jem po śmietnikach. Odniosłem jednak wrażenie, że dopóki nie ściągę swetra i nie pokaże Janowi swoich wychudzonych rąk, posada pomocnika nie była dla mnie nieosiągalna. Jeśli nie mając żadnego fachu w ręku chciałem pracować na budowie, jedno było pewne- musiałbym na niej nosić ciężkie jak diabli rzeczy.

Jan Tore nie za dobrze przyjął do wiadomości to, że nic nie umiałem i byłem w gruncie rzeczy bezużyteczny dla społeczeństwa. Marszczył czoło, tarł oczy, drapał się po głowie, i chyba jedynym, co powstrzymywało go przed wykopaniem mojego dupska na deszcz było to, że mówiłem po angielsku lepiej niż on. Norweg rozmawiał całkiem dobrze w tym języku, więc zobaczył we mnie potencjał, zwłaszcza jeśli dzięki temu mogłem ułatwić komunikację między członkami zespołu w Tromso. Nie mogłem mu się dziwić. Dominującym językiem na placu budowy był język kaszubski.

Wziął ode mnie zdjęcia do identyfikatora zaznaczając, że nic nie może jeszcze obiecać i pozwolił przespać się u siebie. Jan Tore mieszkał w normalnym, drewnianym domku na obrzeżach miasteczka i jak twierdził, nigdy nie marzył o willi, ani jachcie. Salon był pełen regałów, zawalonych książkami historycznymi. Norweg zrobił kanapki, zaprosił mnie przed telewizor i włączył program historyczny o drugiej wojnie światowej. Na uchu miał założony bezprzewodowy zestaw słuchawkowy, co jakiś czas odbierał telefony i dawał komuś jakieś instrukcje. Później przy winie pokazał mi album rodzinny. Każdą z fotografii w paru zdaniach ciekawie omawiał. Na jednym ze zdjęć była jego córka w sukni ślubnej, obok swojej partnerki, też w sukni ślubnej. Zadumał się chwilę, pokiwał głową, i milcząc przewrócił stronę.

Opowiedział o swoim psie, największym przyjacielu rodziny. Przeżył dwanaście lat. Pod koniec życia nie mógł tak naprawdę już chodzić i pewnego dnia dostał silnego ataku drgawek. Gdy atak ustał, miał w oczach już tylko cierpienie. Jan Tore powiedział żonie, by zabrała dzieci do samochodu i wyjechała na chwilę do miasta. Przed tym, pozwolił im się z psem pożegnać. Odczekawszy, aż samochód odjechał wystarczająco daleko, wziął z lodówki parę plasterków szynki, pogłaskał, poklepał i uściskał poczciwe psisko przez chwilę, poszedł z nim do stodoły, rzucił wędlinę na ziemie i odstrzelił mu łeb.

W salonie było strasznie ciepło, ogrzewanie hulało, a ja siedziałem w swetrze, bo nie chciałem, by Jan Tore zauważył, że puszka mielonki ma bardziej rozwiniętą tkankę mięśniową niż ja. Chociaż też wypiliśmy sporo czerwonego, starałem się jak najmniej mówić o sobie. Dużo było do stracenia, a ja nie chciałem zbyt bardzo odstawać od obrazu sumiennego, prostego pracownika fizycznego. Pierdolenie o Heideggerze mogło w tych okolicznościach nie zostać dobrze zrozumiane.

Jan Tore zaczął opowiadać o swoich pracownikach, o Litwinach pracujących u niego przez pół roku, jadących na urlop do rodzin i wracających nowymi samochodami. Mówił o przeciętnych wypłatach trzech tysięcy euro miesięcznie dla pomocników. Opisywał wyrzeczenia, sposoby w jakie trzeba się poświęcić, żyć w urządzonych dla pracowników na placu budowy kontenerach, przyczepach. Pytał się, czy na pewno jestem na to wszystko gotowy. Pokiwałem głową, on też pokiwał, i kiwaliśmy tak chwilę razem.

Potem wszystko trafił szlag. Za dużo wypiłem i najpierw wygadałem się co do swojego wyższego wykształcenia, a potem powiedziałem parę zdań, po których można było podejrzewać, że uważałem malarstwo abstrakcyjne za potrzebne i ważne. Jan Tore ciągnął mnie też za język w temacie podróży, był zafascynowany, obruszył się nawet i nie mógł zrozumieć, dlaczego nie chcę kontynuować jeżdżenia po świecie i mam zamiar zamienić piękno drogi na parę miesięcy w kontenerze mieszkalnym w Tromso. Użył tego zwrotu, 'piękno drogi'. Wiedziałem, że było źle. Jakkolwiek tłumaczyłem się, nic go nie przekonywało. Na koniec nie wytrzymałem i zdjąłem sweter. Norweg zawiesił chwilę wzrok na moich chudych łapkach i kiwnął głową.

Niedługo po tym poszedłem spać do starego pokoju jego córki. Jan Tore obudził mnie rano, przykucnął przy łóżku, przeprosił, i powiedział, że nic z tego nie będzie. Podwiózł mnie na prom i dał paczkę tytoniu. W samochodzie nie starał się argumentować swojej decyzji, ale odniosłem wrażenie, że Jan Tore poczuł ważną misję uchronienia mnie przede mną samym. Być może wiedział, że potrzebowałem już czegoś innego, ale nie chciał chyba mieć z ułatwieniem mi zdobycia tego nic wspólnego.

  'Pamiętaj przyjacielu, nic nie jest niemożliwe!'- powiedział jak się żegnaliśmy.

Jan Tore nigdy najwyraźniej nie próbował złożyć kartki papieru w połowie dziewięć razy.